Obecny czas: 01 Sie 2014 07:43


Regulamin forum


Forum powinno służyć Polakom do zrozumienia sytuacji w jakiej się znalazła ich Ojczyzna.
Pisanie jest możliwe wyłącznie na prywatną pocztę po uprzednim zarejestrowaniu.
Listy uzupelniające wiedze na temat suwerenności Polski, zostaną umieszczone na forum pod haslem " z prywatnej poczty "



Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 28 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna
 Henryk Pajak 
Autor Wiadomość

Rejestracja: 28 Gru 2008 21:11
Posty: 2114
Post Re: Henryk Pajak
TABLICA ŹRÓDEŁ - SKRÓTY

Skrót, Źródło: Nazwa, Autor, Wydawca, Data, etc.


ABA Benedict XV, Papież. AD BEATISSIMI APOSTOLORIUM, 01.XI.1914

AS Pius XI, Papież. AD SALUTEM 30.IV.1930

CD Grzegorz XVI, Papież. COMMISSUM DIVINITUS 17.V.1835

CH Pius VI, Papież CHARITAS 13.IV.1791

CN Ratzinger Józef (Benedykt XVI) LIST DO BISKUPÓW KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO W SPRAWIE PEWNYCH ASPEKTÓW KOŚCIOŁA ROZUMIANEGO JAKO KOMUNIA 28.V.1992

CR św. Pius X, Papież COMMUNIUM RERUM 21.IV.1909

CTC Ratzinger Józef CALLED TO COMMUNION: UNDERSTANDING THE CHURCH TODAY (San Francisco: IGNATIUS PRESS, 1966)

D DENZINGER, REV. HENRY (ED.) ENCHIRIDION SYMBOLORUM, DEFINITIONUMET DECLARATIONUM DE REBUS FIDEI ET MORUM (Barcelona: Editorial Herder, 27TH ED., 1951)

DCF Ratzinger. DOCTRINAL COMMENTARY ON THE CONCLUDING FORMULA OF THE PROFESSIO FIDEI, L'OSSERVATORE ROMANO, ENGLISH EDITION, 15 VII 1998, STRONY 3-4

DI Ratzinger DECLARATION DOMINUS IESUS ON THE UNCITY ANDSALVIFIC UNIVERSALITY OF JESUS CHRIST AND THE CHURCH, 6.VIII.2000

DIM Pius XI, Papież DIVINI ILLIUS MAGISTRI, 31.XII.1929

ECV Ratzinger THE ECCLESIOLOGY OF VATICAN II, 15.VIII.2001, L'OSSERVATORE ROMANO, ENGLISH EDITION, 23.I.2002, STR.5

EM Pius IX, Papież, ETSI MULTA, 21.XI.1873

ES św. Pius X EDITAE SAEPE 26.V.1910

EVT Ratzinger INSTRUCTION ON THE ECCLESIAL VOCATION OF THE THEOLOGIAN, 24.V.1990

EXD LEON X, Papież EXSURGE DOMINE 15.VI.1520

GAW Ratzinger GOD AND THE WORLD: BELIEVING AND LIVING IN OUR TIME: A CONVERSATION WITH PETER SEEWALD (San Francisco: IGNATIUS PRESS, 2002).

GC Ratzinger. SERMO GRATIA COPIOSA 5.IV.2005

ID PIUS IX INEFFABILIS DEUS 8.XII.1854

ITB Ratzinger IN THE BEGINNING: A CATHOLIC UNDERSTANDING OF THE STORY OF CREATION AND THE FALL (GRANDRAPIDS, MI: WILLIAM B. ERDMANS PUBLISHING CO., 1995)

ITC Ratzinger INTRODUCTION TO CHRISTIANITY (San Francisco: IGNATIUS PRESS, 2004).

JTE Ratzinger JOURNEY TOWARDS EASTER (NEW YORK: THE CROSSROAD PUBLISHING COMPANY, 1987).

LB Ratzinger LETTER TO BARTHOLOMEW I 26 XI 2005

LR L'OSSERVATORE ROMANO

MA PIUS XI, Papież MORTALIUM ANIMOS 6.I.1928

MCC PIUS XII, Papież MYSTICI CORPORIS CHRISTI 29.VI.1943

MRC Ratzinger MANY RELIGIONS - ONE COVENANT: ISRAEL, THE CHURCH, AND THE WORLD (SAN FRANCISCO; IGNATIUS PRESS, 2000)

MM Ratzinger MILESTONES: MEMOIRS 1927-1977 (San Francisco: IGNATIUS Press 1998).

MV GRZEGORZ XVI, Papież MIRARI VOS 15.VIII.1832

NMT Ratzinger THE NATURE AND MISSION OF THEOLOGY: ITS ROLE IN THE LIGHT OF PRESENT CONTROVERSY (San Francisco, IGNATIUS PRESS, 1995).

PCT Ratzinger PRINCIPLES OF CATHOLIC THEOLOGY (San Francisco: IGNATIUS PRESS, 1987)

PDG św. PIUS X, Papież PASCENDI DOMINICI GREGIS, 8.IX.1907

PFF Ratzinger PILGRIM FELLOWSHIP OF FAITH (San Francisco: IGNATIUS PRESS, 2005)

PSP Ratzinger THE PRIMACY OF THE SUCCESSOR OF PETER IN THE MYSTERY OF THE CHURCH, L'OSSERVATORE ROMANO, ENGLISH EDITION 18.XI.1998 STR. 5-6

PTC PAPIESKIE NAUCZANIE: KOŚCIÓŁ, EDITED BY THE BENEDICTINE MONKS OF SOLESMES (BOSTON: ST. PAUL EDITIONS, 1962)

RR Ratzinger i MESSORI THE RATZINGER REPORT (San Francisco: IGNATIUS PRESS, 1985).

RS PIUS IX, Papież RESPICIENTES 1.XI.1870

SC LEON XIII, Papież SATISCOGNITUM 29.VI.1896

SOE Ratzinger i Seewald SALT OF THE EARTH (San Francisco: IGNATIUS PRESS, 1997)

T. TANNER, NORMAN P. (ED.), DECREES OF THE ECUMENICAL COUNCILS (LONDYN: SHEED & WARD, 1990) TOM 1.

TOC Ratzinger THE OPEN CIRCLE: THE MEANING OF THE CHRISTIAN BROTHER-HOOD (NEW YORK: SHEED AND WARD, 1966).

TT Ratzinger TRUTH AND TOLERANCE (San Francisco: IGNATIUS PRESS 2004)

UP LEON XII, Papież UBI PRIMUM 5.V.1824

Z ZENIT NEWS AGENCY „ARE BELIEVERS OF OTHER RELIGIONS SAVED?”, PUBLISHED 5.IX.2000.


Kabalistyczna mitra Benedykta XVI


W majowym /2010/ specjalnym numerze katolickiego czasopisma „Chiesa Viva” /„Kościół Żywy”/, założonego przed 30 laty i nadal redagowanego przez już dziewięćdziesięcioletniego księdza Luigi Villa, ukazało się demaskatorskie studium mitry, w której wystąpił Benedykt XVI podczas inauguracji jego pontyfikatu w dniu 24 kwietnia 2005 roku, ilustrowane stosownym zestawem fotografii. W tej analizie główne zadanie spełnił inż. F. Adessa, demaskator m.in. masońskiego kościoła „ku czci” o. Pio, pomnika47 Pawła VI.

Dlaczego obiektem zainteresowania demaskatorów masońskich znaków i symboli stała się ta właśnie mitra, a nie uroczysta inauguracja pontyfikatu? Odpowiedź jest prosta, ale dopiero po zapoznaniu się z analizą „wystroju” te mitry. Zawiera ona, niestety, zrozumiałą tylko dla nielicznych, kombinację kabalistycznych cyfr i liczb, układających się w zwarty wykład preferencji jej nosiciela - Benedykta XVI. Zakładamy bowiem, że byłoby czymś nieprawdopodobnym, aby osoba w randze papieża, przedtem wieloletniego szefa Kongregacji Doktryny Wiary, nie wiedziała, że zakłada na głowę zestaw bluźnierstw przeciwko wierze chrześcijańskiej, symbole odwiecznej wojny „Synagogi Szatana” z Kościołem Chrystusowym.

Powtórzmy: to niemożliwe! Nie wiedząc co nakłada na swoją głowę przed ceremonią „koronacji” na Wikariusza Chrystusa, Benedykt dałby dowód, że samym tym faktem nie zasługuje na tę funkcję samą skalą takiego dyletantyzmu!

Przejdźmy do faktów podanych w piśmie „Chiesa Viva”.

Zdjęcie nr 1:

Zestaw 8+10 pereł tworzy liczbę 18, co równa się osiemnastemu stopniowi Rycerza Różanego Krzyża Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego. Zadaniem różokrzyżowców jest zniszczyć Ofiarę Chrystusa na Krzyżu, jej zbawcze skutki.

Zdjęcie nr 2:

Na czwartej części mitry widnieje osiem zamkniętych muszli. Każda składa się z 11 płytek/listków/. Wszystkie te muszle posiadają po osiem płytek, wszystkie też stanowią dominującą ornamentykę mitry. Osiem symbolizuje „gwiazdę ośmioramienną” w lucyferycznej inicjacji masońskiej. Liczba jedenaście to odpowiednik jedenastu stopni w hierarchii masonerii rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego. Wszystkie te stopnie od jednego do jedenastego, są wykorzystywane do „walki z podłą katolicką cnotą”. Jednak główny sens tych jedenastu stopni oddają słowa Nubiusa, guru Alta Vendita - najwyższego zwierzchnika Iluminatów bawarskich:

Kościół może zostać zniszczony tylko przez zepsucie/.../ zepsucie narodów przez kler, a kleru przez nas.

Zdjęcie nr 3:

Każda z dwóch liściastych gałęzi górujących nad bożkiem PAN, posiada owoce-perły. Jedna z gałązek ma jeden owoc /perłę/, natomiast druga trzy owoce /perły. Razem dają liczbę 13 symbolizującą Lucyfera.

Na mitrze widać trzy perły przesunięte w prawo, jakby miały wskazywać na związek z czwartą perłą/na lewo od nich/. Tak jednak nie jest, ponieważ mitra uosabia /podkreśla/ lucyferiańską Trójcę. Ta dodatkowa liczba 13 nie miałaby uzasadnienia, podczas gdy cyfra 3 i liczba 11 płytek
/płatków/ zamkniętych muszli, jasno dowodzi istnienia liczby 33, czyli trzydziesty trzeci stopień masonerii Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego, a nawet trzy grupy jedenastu masońskich stopni.

Zdjęcie nr 4:

Zamknięta muszla oznacza „śmierć poprzedniego pokolenia”, a liczba jej jedenastu płytek, płatków symbolizuje mistyczną liczbę żydowskiej kabały, która w połączeniu z cyfrą trzy, wyraża trzy grupy jedenastu stopni masońskich Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego.

Zdjęcie nr 5:

Wizerunek bożka PAN, boga wszystkich gnostyków, nieznanego boga EN-ZOF żydowskiej kabały, z którego emanuje aż 10 SEFIROTOW - boskich atrybutów samoubóstwionego człowieka kabały i wolnomularstwa.

Zdjęcie nr 6:

Liczba trzynastu /pereł/ symbolizuje Lucyfera. Jednakże po lewej stronie bożka PAN także znajduje się trzynaście pereł, co daje 13 + 13 = 26, a wyrażone liczbowo /10 + 5 + 6 + 5/ daje IHWH /Jahwe/ - kabalistycznego boga Lucyfera. Z tych powodów dwie grupy trzynastek oraz liczba 26 symbolizują Lucyferiańską Trójcę.

Dodatkowo, grupa trzynastu pereł powstała z dwóch grup pereł, kolejno czterech i dziewięciu pereł. Cztery perły symbolizują cztery strony świata,
/cały świat/, podczas gdy cyfra dziewięć posiada to samo znaczenie co liczba 18 /6 + 6 + 6/ = 666, czyli „Znamię Bestii”, liczbę Antychrysta, zarówno jak osiemnasty stopień Różokrzyża Rytu Szkockiego Dawnego i Uznanego. Ogólne znaczenie sprowadza się do idei /zadania/ opanowania świata przez królestwo Antychrysta i zniesienia z powierzchni ziemi Ofiary Chrystusa Odkupiciela.

Liczba nr 7:

Cyfry cztery i siedem oznaczają cztery razy mistrza masońskiego, a dokładniej - cztery ryty masonerii, które, stanowią „Kościół Lucyfera”, a mianowicie:

- Ryt Szkocki Doskonały;

- Ryt Szkocki Dawny i Uznany;

- Nowy Reformowany Ryt Palladiański;

- Wysoka Masoneria żydowska B'nai B'rith.

Najbardziej złowroga, niszczycielska jest ta ostatnia - B'nai B'rith, jest bowiem elitarnym gangiem żydowskich liderów świata, a członkostwo jest tam zarezerwowane wyłącznie dla Żydów. Przed wojną B'nai B'rith istniała w Polsce podzielona na trzynaście grup usytuowanych w różnych miastach. Prezydent Ignacy Mościcki w dekrecie delegalizującym działania masonerii w Polsce, zdelegalizował polski dystrykt B'nai B'rith. Prezydent Lech Kaczyński, zgodnie ze swoim pochodzeniem i tajną misją przedstawiciela „plemienia żmijowego” „w tym kraju”, zniósł ten zakaz. Podczas uroczystości rozpoczynającej oficjalne istnienie i działalność B'nai B'rith w ponownie zniewolonej Polsce, prezydent Lech Kaczyński w podniosłych słowach unosił się nad szlachetnymi celami tej mafii. Wiernie też wykonywał przedtem jej zdalne polecenia, kiedy to na rozkaz Ligi Przeciw Zniesławianiu - „zbrojnego” ramienia B'nai B'rith, zerwał koalicję sejmową z Samoobroną i Ligą Polskich Rodzin, rozwiązał „Kne-sejm” rozpisał nowe wybory, które nieoczekiwanie zmiotły PiS z pierwszej linii antypolskiej inwazji. Do władzy doszła proniemiecka i prorosyjska mafia polityczna pod nazwą Platformy Obywatelskiej. Skutek był taki, że dla prezydenta Lecha Kaczyńskiego brakowało nawet fotela w rządowym samolocie, co w dalszych skutkach zakończyło się masakrą w Smoleńsku, a co stanie się kanwą mojej następnej książki „Ostatni transport do Katynia: 10 † 04 † 2010” /tytuł „roboczy”/.



Chwaląc ONZ, popiera globalizację


Benedykt XVI zapewnił sobie poczesne miejsce w chórze jego posoborowych poprzedników, składając czołobitne pochwały pod adresem masońskiego przed-rządu światowego, zwanego Organizacją Narodów Zjednoczonych. Przemawiając na „forum” ONZ oznajmił, jak cytowała agencja Reuters:

Kraje, które prowadzą swoją politykę jednostronnie48 we współczesnym świecie, podkopują autorytet ONZ /! - H.P./ i osłabiają szeroki konsensus potrzebny do przezwyciężenia problemów globalnych. Społeczność międzynarodowa musi być zdolna do reagowania na potrzeby rodziny ludzkiej poprzez stworzenie wiążącego międzynarodowego prawa.

Powiedział to po uprzednim spotkaniu z „gensekiem” ONZ Ban-Ki-Moonem.

Benedykt XVI ciągnął dalej:

Idea wielostronnego konsensusu była w kryzysie, ponieważ była podporządkowana decyzjom niewielu, podczas gdy światowe problemy wymagają interwencji w formie kolektywnej akcji społeczności międzynarodowej.

Dałoby się to wezwanie do kolektywizmu światowego przyjąć za słuszne, gdyby nie pamiętać, jak traktują te nawoływania do „konsensusu” np. władze Izraela, od 30 lat ludobójczo eksterminujące Palestyńczyków. ONZ zdobył się na potępienie tego ludobójstwa, ale Izrael na czele z jego kolonią pod nazwą USA całkowicie ignorują te wezwania. A gdzie była ONZ, gdy „społeczność międzynarodowa” masakrowała Jugosławię, wszak kraj w większości jej obywateli chrześcijański, burząc cerkwie liczące niekiedy po tysiąc lat, co opisałem w kilku książkach. Benedykt XVI był wtedy tylko kardynałem Ratzingerem, szefem Kongregacji Doktryny Wiary, ale jego pryncypał - Jan Paweł II ani myślał stanąć otwarcie w obronie Serbów.

Benedykt XVI już przed tym pobytem w ONZ nawoływał expressis verbis do tworzenia Nowego Światowego Ładu, w tym do zmiksowania religii świata w jeden zakalec ekumeniczny. Nawoływał, posługując się szlachetnymi celami, jak „walka z terroryzmem”, ochrona środowiska naturalnego i nierówności ekonomiczne - postulował to m.in. podczas swojego bożonarodzeniowego wystąpienia w grudniu 2005 roku. Benedykt XVI w tych wołaniach o globalny rząd szedł śladami swego poprzednika, który w ONZ także widział szlachetną organizację.

Jan Paweł II nie był w tym, prekursorski. Już w 1970 roku globaliści wysmażyli „raport” nazwany „Planem Modeli Światowego Ładu”. Opracowanie tego raportu sfinansowały Fundacja Carnegie i Fundacja Rockefeller. Plan powstał pod kierunkiem członka Rady Stosunków Zagranicznych /CFR/ - Saula H. Newdlovita oraz Richarda Falka, całkiem przypadkowo będących członkami „narodu wybranego”. W tym projekcie - zauważmy - liczącym sobie już 40 lat, żądają powołania rządu globalnego z globalnymi podatkami, globalnym rozbrojeniem i równie globalną likwidacją państw narodowych, ma się rozumieć nie pytając tych państw narodowych oraz ich narodów o to, czy sobie tego życzą. Oni po prostu wiedzą za nich /za nie/ najlepiej bez żadnych z nimi konsultacji, bez pytania o osławiony „konsensus” Benedykta XVI, przedtem Jana Pawła II a jeszcze przedtem Pawła VI.

Globalizatorzy na czele z Falkiem i Newdlovitem ogłaszali w tym „raporcie”:

Symboliczni światowi przywódcy, tacy jak Sekretarz Generalny ONZ albo Papież /! - H.P./ opowiedzieliby się za programem dla przyszłości… Takie rodzaje zewnętrznych działań… pobudziłyby dialektykę światowego ładu w łonie amerykańskiej polityki, która poczęła burzenie przywiązania do systemu Westfalskiego49 i jego system wartości, instancje i wrażliwość.

Wydziałowi Badawczemu Kolegium Dowództwa Sztabu Sił Powietrznych USA w 1997 roku zaprezentowano dokument autorstwa majora Barta R. Kesslera. Ten szlachetny globalista naszkicował plany Projektu Modeli Światowego Ładu i kilka innych globalistycznych pomysłów. Tam również znalazło się miejsce dla papieża, wtedy Jana Pawła II /s. 25 tego dokumentu/, jako nawoływacza do promocji Światowego Ładu.

Obaj - Jan Paweł II i Benedykt XVI ochoczo zabrali się do propagowania Rządu Światowego, dowodzonego przez „symbolicznych światowych przywódców”, wśród których wyznaczono miejsce także Janowi Pawłowi II.



„Czym skorupka za młodu...”


W 1969 roku Paweł VI powołał Międzynarodową Komisję Teologiczną, zespół mózgowców mający być w jego zamierzeniu odpowiednikiem Kongregacji do Spraw Doktryny Wiary. W istocie - jej modernistycznym duplikatem do siania zamętu w posoborowej teologii papierowej50.

W związku z tym, poważne francuskie czasopismo „Informations Catholiques Internationales” /nr 336 - 15 V s. 9/ relacjonując to wydarzenie zamieściło listę trzydziestu teologów wybranych do Komisji. Wśród nich znalazł się J. Ratzinger. Ujmując go hasłowo, pismo podało:

Józef Ratzinger: Niemiec, wiek 45 lat, teolog dogmatyczny, ekumenizm; wcześniej podejrzany [o herezję] przez Święte Oficjum; członek Komisji Wiary i Ekumenizmu. Wybitne dzieło we współpracy z Karlém Rahnerem51 pt. „Primacy and Eopiscopate”.

Inni teologowie podejrzani o herezję, a obecnie w w/w Komisji to: Yves Congar, Henri de Lubac, Karl Rahner, Hans Urs von Balthasar.

W tym przezacnym gronie, choć nie jako członek Komisji Teologicznej Pawła VI, brylował jadowity heretyk Hans Küng /ur. 1928 r./. W Polsce mieliśmy jakże znamienny przyczynek dotyczący tego wroga chrześcijaństwa. Kuria Metropolitarna w Krakowie pod egidą arcybiskupa Karola Wojtyły dała w czerwcu 1964 roku „Imprimatur” przekładowi jego książki na język polski, wydanej przez kryptożydowski „Znak”. Küng pisał o Soborze: „Sobór i zjednoczenie”. Treść owego „Imprimatur”, czyli zgody na druk pod względem poprawności teologicznej, to przykład czystego talmudyzmu:

Za pozwoleniem władzy duchownej. Kuria Metropolitarna w Krakowie, dnia 20 czerwca 1964 r., 1381/64.

Pozwolenie władzy duchownej oznacza, że opatrzoną nim książkę uważa się za wolną od błędu doktrynalnego lub moralnego. Nie oznacza jednak, by ci, którzy udzielają pozwolenia, zgadzali się z treścią książki lub z wyrażonymi w niej poglądami.”

Czyli: tak, ale. I tak, i nie. Nie musi oznaczać naszej zgody, ale zgadzamy się na druk. Talmudyzm w czystej postaci. Wśród ponad 600 zapisów Talmudu dotyczących zakazów na czas szabasu jest i ten, wedle którego żydowi nie wolno podróżować na lądzie, ale wolno odbywać podróże drogą wodną. Jak to obejść?

Ortodoksyjny Żyd wsiada do pociągu i kładzie sobie pod siedzenie gumowy worek z wodą! No, czy on wtedy popełnia wykroczenie przeciwko Prawu? Nic podobnego: on jedzie /płynie/ na wodzie!

Nadeslal - Admiku


01 Mar 2011 14:55
Profil

Rejestracja: 28 Gru 2008 21:11
Posty: 2114
Post Re: Henryk Pajak
Ostatni transport do Katynia 10.04.2010

Henryk Pajak

Jak amerykańsko-izraelski żydostan rozwiązał Sejm w 2006 roku


W 2006 roku PiS czyli Kaczyńscy, niepodzielnie rządzili kolonią Unii Jewrejopejskiej pod nazwą „Trzeciej RP”. Mieli wszystko: Jarosław Kaczyński premierostwo, Lech prezydenturę. Niestety, amerykański żydostan posiadał właśnie ich, braci Kaczyńskich. I zdalnie robił co chciał „w tym kraju”.
Postanowił w połowie 2006 roku skończyć z pozorami wielopartyjności w „Trzecie j RP”. Czteropartyjna większość w Sejmie była nie całkiem sterowna. Kaczyńscy musieli się liczyć z niechcianymi koalicjantami z Ligi Polskich Rodzin i Samoobrony. Te dwa ugrupowania stanowiące w sumie liczbowy języczek u wagi w sejmowej arytmetyce, miały jeszcze odwagę akcentować swoją polskość; Samoobrona bronić interesów polskich rolników, Liga Polskich Rodzin - polskich, katolickich wartości. Roman Giertych jako minister edukacji miał „czelność” dopominać się w programach nauczania lektur pisarzy polskich, a nie żydowskich. Chciał ukrócić „prawa uczniów”, czyli rozwydrzenie w szkołach. Nie chciał wychowania seksualnego w szkołach, etc.

Żydostwo amerykańskie postanowiło przepędzić te warcholskie partie „radykałów”1 z Sejmu, wprowadzić „w tym kraju” system dwupartyjny na wzór amerykańskich demokratów i republikanów, dwóch atrap żydowskiej dyktatury w parlamentaryzmie amerykańskim.

Atak rozpoczął się w połowie 2006 roku. Sięgnijmy do chronologii. Ataki nałożyły się na siebie tak ciasno, że niektóre aż się dublowały. Chodziło o nagłe zmasowanie pielgrzymek obydwu braci do Izraela oraz do jego gigantycznej kolonii pod nazwą Stanów Zjednoczonych. Oto daty. Prześledźmy je uważnie.

- 12 września 2006. Premier Jarosław Kaczyński przylatuje do USA i bawi tam kilka dni.

W ciągu tych dni nie ma czasu na poważne, godne premiera spotkanie z amerykańskimi polonusami. Ma ważniejsze sprawy na głowie i poważniejszych partnerów do nieoficjalnych spotkań i rozmów.

- 19 września: jego brat Lech Kaczyński leci do Izraela. Przebywa tam tylko jedną dobę. Rozmowy „starszych braci” musiały być krótkie ale treściwe, tezy i dyrektywy już ustalone.

- 7-9 września: prezydent Lech Kaczyński leci do USA na trzy dni i znów „czeski film”: po co? Czyżby brat - premier nie mógł załatwić co trzeba w jego imieniu? Naiwne pytanie. Co premier to nie prezydent, co prezydent to nie premier. Amerykański żydostan musiał mieć obydwu na dywaniku, oczywiście nie razem.

Tak więc pomiędzy 13 a 19 września dwaj najważniejsi funkcjonariusze żydostanów amerykańskiego i izraelskiego w „Trzeciej RP, polecieli po dyrektywy do Izraela i USA. Jakie? Wkrótce to się okaże, ale pośrednio.

Oto w tym samym czasie, dokładnie 12 września, kiedy jak już wiemy, premier Jarosław Kaczyński leci do USA, słynna żydowska, rasistowska Liga Przeciw Zniesławianiu (Antidefamation League) walcząca ze światowym „antysemityzmem”, zredagowała do prezydenta i premiera dyrektywę, którą nazwali „Rekomendacją” i przekazali ją tegoż właśnie 12 września 2006 roku.

- 21 września Jarosław Kaczyński znienacka odwołuje szefa Samoobrony Andrzeja Leppera z funkcji wicepremiera i ministra rolnictwa. Za co? Za „warcholstwo”!

Oto stosowne sejmowe oświadczenie premiera Jarosława Kaczyńskiego uzasadniające tę dymisję:

Podjąłem dzisiaj decyzję o zwróceniu się do Pana Prezydenta Rzeczypospolitej [czyli do brata] o odwołanie pana Andrzeja Leppera ze stanowiska wiceprezesa Rady Ministrów i ministra rolnictwa.

Sytuacja, która wytworzyła się w ostatnim czasie [ledwo w ciągu tygodnia po owocnych podróżach obydwu braci do Izraela i USA! - H.P.], nie może być kontynuowana. Polska potrzebuje spokoju. Polska potrzebuje stabilizacji. Polska potrzebuje spokoju i stabilizacji, dlatego że ma wielkie szanse - wielkie szanse, które może zrealizować, ale tylko wtedy, jeżeli będzie spokojnie i dobrze rządzona.

Pan Andrzej Lepper otrzymał taką szansę na uczestniczenie w takim procesie dobrego rządzenia. Otrzymał szansę uczestniczenia w rządzie najbardziej życzliwym ze wszystkich dotychczasowych dla polskiej wsi. Otrzymał szansę realizacji budżetu, budżetu na rok 2007, w którym ogromna większość wzrostu wydatków to wzrost wydatków na rolnictwo. Otrzymał, krótko mówiąc, szansę całkowitej zmiany nie tylko swojego politycznego imageu, ale także swojej politycznej funkcji w życiu publicznym.

Pan Andrzej Lepper z tej szansy nie skorzystał. Po krótkim czasie powrócił do swoich praktyk. Powrócił do czegoś, co trzeba określić jednym słowem - warcholstwo. My warcholstwa w żadnym razie nie możemy tolerować. Podjęliśmy wysiłki zmierzające do tego, by rząd utrzymał większość. Jeżeli to się nie powiedzie, jedynym rozwiązaniem, rozwiązaniem normalnym w demokratycznym kraju, będą przyśpieszone wybory. Dziękuję bardzo.

Bardziej rozgarnięci posłowie zrozumieli po tym oświadczeniu premiera Kaczyńskiego, że obaj bracia z tych wahadłowych podróży do Izraela i za ocean, przywieźli dyrektywę rozwiązania Sejmu i rozpisania wyborów. Dymisja A. Leppera była tylko pierwszym pretekstem, bo dyrektywy Antidefamation League były jednoznaczne: skończyć z „antysemitami”.

Oto te dyrektywy:2

Polska powstała po represjach rządów komunistycznych jako pluralistyczna demokracja. Przystąpieniem do Unii Europejskiej w 2004 roku potwierdziła, że zdecydowała się wprowadzić system demokratyczny, co obejmuje uchwalanie ważnych instrumentów prawnych do ochrony mniejszości przed nienawiścią i przestępstwami na tle nienawiści, popełnianych przez grupy ekstremistów.

Konsolidacji demokracji w Polsce towarzyszyło poparcie wielu wybitnych Polaków, że ich kraj musi uczciwie zmierzyć się z długą i bolesną historią antysemityzmu. Niedawne obchody pogromu kieleckiego w 1946 roku są kolejnym znakiem zaangażowania Polski w tym procesie.

Jednak polityka polska pozostaje podatna na nacjonalistyczny ekstremizm, nietolerancję i antysemityzm. Najbardziej niepokojącym objawem tego jest, jak dotąd, powstanie w maju 2006 roku, koalicyjnego rządu składającego się z Prawa i Sprawiedliwości w sojuszu ze skrajną prawicą Ligi Polskich Rodzin i populistycznej partii Self - Defense [Samoobrony - H.P.]. Stanowiska ministerialne zostały przyznane Romanowi Giertychowi, liderowi Ligi Polskich Rodzin i Andrzejowi Lepperowi, liderowi Samoobrony. Lepper wyraził podziw dla polityki Hitlera i otrzymał doktorat honoris causa MAUP, prywatnego ukraińskiego uniwersytetu odpowiedzialnego w większości za publikowanie antysemickich gazet i czasopism dostępnych na Ukrainie.

Najbardziej niepokojącym skutkiem koalicji jest mianowanie Romana Giertycha na stanowisko ministra edukacji. Orientacja polityczna reprezentowana przez Romana Giertycha, który objął funkcję ministra nauczania tolerancji i Holokaustu, [!!] jest tradycyjnie antysemicka i ksenofobiczna. LPR jest zdecydowanie wrogo nastawiona do homoseksualistów i cudzoziemców [?], a wielu jej czołowych przedstawicieli wypowiadało antysemickie uwagi. Jej frakcja młodzieżowa nosi nazwę przedwojennego Ruchu Narodowego3, który z powodzeniem prowadził kampanię na rzecz wprowadzenia „ławy dla Żydów”4 w polskich uczelniach, aby oddzielić Żydów i nie żydowskich studentów.

Giertych zareagował na decyzję Izraela o zamrożeniu kontaktów z jego ministerstwem krytyką społeczności żydowskiej. W wywiadach prasowych mówił o potrzebie walki z antysemityzmem, jednakże jego partia nie podjęła konfrontacji z antysemityzmem w jej szeregach.

Jedynym filarem poparcia dla rządzącej koalicji zostało antysemickie katolickie Radio Maryja, związane z zakonem, który odrzuca autorytet Watykanu [?! - H.P.]. Radia Maryja słucha trzy miliony ludzi, uruchomiło stację telewizyjną i gazetę. Radio jest blisko powiązane z Ligą Polskich Rodzin, przeniosło swoje poparcie na Prawo i Sprawiedliwość. Pomimo nalegań niektórych przywódców Kościoła, aby ograniczyć nienawiść [do Żydów] w audycjach tej stacji, polski premier Jarosław Kaczyński, brat bliźniaka prezydenta Lecha Kaczyńskiego jest stałym gościem Radia Maryja - odniósł się do swoich krytyków jako „wrogów wolności”.

Antysemickie treści Radia Maryja zawierają brzydkie stereotypy, teorie spiskowe. Twierdzi, że Żydzi byli odpowiedzialni za represje w okresie komunizmu i oskarża Żydów o wykorzystywanie Holokaustu jako podstawę do ich finansowych żądań rekompensaty od Polski. W marcu 2006 komentator Stanisław Michalkiewicz oświadczył na antenie: Żydzi upokarzają Polskę na arenie międzynarodowej żądając pieniędzy /.../ aby zobowiązać rząd do wypłacania im pieniędzy pod pretekstem tych żądań.

Takie oświadczenia są zgodne z poglądami Ojca Tadeusza Rydzyka - stwierdził na antenie tej stacji, że judaizm jest „handlem”, a nie religią”5.

Zalecenia

Jeżeli prawdą jest, jak prezydent Lech Kaczyński zapewniał wielokrotnie, że nie ma miejsca dla rasizmu i antysemityzmu w dzisiejszej Polsce, to w ramach długoletnich i bezpośrednich działań należy podjąć:

- Roman Giertych powinien zostać odwołany ze stanowiska ministra edukacji. Lider partii pogrążonej w antysemityzmie i nietolerancji nie może mieć wpływu na politykę edukacyjną i reformy programowe w demokratycznym kraju, które jest również jednym z państw członkowskich Unii Europejskiej.

- Andrzej Lepper powinien wydać oświadczenie stanowczo potępiające antysemityzm i zwrócić tytuł doktora honoris causa przyznanego mu przez MAUP.

- Zarówno Lepper jak i Giertych powinni deklarować podejmowanie dyscyplinarnych działań w stosunku do członków swych partii, którzy propagują nienawiść lub wzbudzają nienawiść.

Zasady polskiej konstytucji i kodeksu karnego dotyczące rasizmu i antysemityzmu powinny być w pełni realizowane.

- Radio Maryja konsekwentnie naruszające te przepisy przez nadawanie audycji szerzących nienawiść, powinno być rozliczane w sądzie. Stacja nie powinna otrzymywać funduszy od osób, których rasistowskie i antysemickie działania są sprzeczne z polskim prawem.

- Polscy przywódcy powinni przestać popierać Radio Maryja. Powinni odmawiać udziału w audycjach do czasu, aż stacja wyraźnie zobowiąże się do zaprzestania mowy nienawiści.

- Rząd Polski powinien odnowić swoje zaangażowanie w propagowanie tolerancji w dziedzinie edukacji, mediów i innych form6.


* * *

„Musi”, „powinien”, „należy”; „musi”, „powinien”, „należy”...

Tę butną dyrektywę otrzymali bracia Kaczyńscy najpewniej już w Izraelu i USA, ponieważ powstała już 12 września, jeszcze przed ich wyjazdami do wymienionych bastionów światowej demokracji, światowej tolerancji, a nade wszystko światowego rządu i sztabu generalnego wojny z „antysemityzmem”.

„Pan każe, sługa musi”. Już 21 września premier Jarosław Kaczyński odwołuje Leppera w cytowanym tu wystąpieniu w Sejmie. Miał pewien dyskomfort: Lepper nic nie nakradł, a zboże, które niegdyś wysypał na bocznicach kolejowych, pochodziło z nielegalnego importu uderzającego w polskich rolników. Działał więc zgodnie z duchem swojej chłopskiej partii, dla dobra swoich chłopskich wyborców. „Podrzucono” mu, już później, niejaką Anetę Krawczyk, która zarzuciła podwójne ojcostwo jej bękarta Lepperowi i Łyżwińskiemu, ale genetyka nie zna takiego przypadku podwójnego ojcowstwa tego samego dziecka, co A. Lepper zdemaskował kilka lat później, kiedy już przestał być niebezpieczny dla demokracji heroicznie walczącej z „antysemityzmem” i ksenofobią, demokracji tym razem reprezentowanej przez polityczną mafię /nie-/ Obywatelską, wrogą wobec politycznej sekty pod nazwą Prawo i Sprawiedliwość.

Kaczyńscy sięgnęli więc po niezawodne, już od czasów szlacheckich pejoratywne „warcholstwo” i wypalił nim w stronę Leppera w Sejmie tymże „warcholstwem”.

I oto 21 września 2006 roku, wkrótce po powstaniu dyrektywy Antidefamation League dla Kaczyńskich, Szewach Weiss, były ambasador Izraela w byłej Polsce, tak oto podsumował kończącą się wizytę Kaczyńskich w USA i Izraelu:

Dzisiaj w Izraelu wszyscy wiedzą, że Kaczyńscy są przyjaciółmi żydowskiego narodu i Izraela.

Niestety, nie wiedzieli tego i nawet do dziś nie wiedzą polscy goje, polscy tubylcy „w tym kraju”, bo i skądże mieli o tym wiedzieć, jeżeli ten brutalny, chamski dyktat odbywał się zaciszach gabinetów, tysiące kilometrów od „tego kraju”?

Słowa Szewacha Weissa potwierdził ówczesny prezydent Izraela Mosze Kacaw. Chwalił prezydenta Lecha Kaczyńskiego „za bardzo ostrą walkę z antysemityzmem”.

Każdy goj, który widział prezydenta „IV RP” paradującego w białej mycce7, musiał Weissowi przyznać rację. Wiedzie się ta tradycja mycek z dalekiej historycznie i geograficznie Chazarii, ponoć matecznika ich rodu.

Według Weissa „polski” prezydent i jego brat „są przyjaciółmi narodu i Izraela”, o czym wiedzą wszyscy Żydzi, co potwierdził prezydent Izraela mówiąc, że obaj bracia prowadzą „bardzo ostrą walkę z antysemityzmem”. Szewach Weiss w innej wypowiedzi oświadczył Urbi et Orbi, iż „polski antysemityzm jest na wymarciu”, a wiedział co mówi, wiele lat bowiem był ambasadorem „w tym kraju”, ponadto został uratowany jako dziecko przez „polskich antysemitów” na Kresach Wschodnich, pokazując nawet swego czasu na filmie piwnicę, w której go ukrywali. Jeżeli polski antysemityzm jest już na wymarciu, to mamy rozumieć, że ten sukces zawdzięczaliśmy Kaczyńskim, którzy prowadzili „bardzo ostrą walkę z antysemityzmem”, ale jeszcze niedostatecznie ostrą, skoro demony antysemityzmu budzą się tu i tam. „Jest na wymarciu”, ale jeszcze wierzga w przedśmiertnych drgawkach.

Pytanie z naszej, polskiej strony powinno być następujące: na czym ma polegać, przeciwko czemu być kierowany „sprzeciw polskich władz wobec antysemityzmu?”. Jeżeli antysemityzm w tym kraju jest na wymarciu, to minister R. Giertych chyba nie musiał wszczynać walki z tym dogorywającym antysemityzmem.

Tak się dziwnie zdarzyło, że w tym samym czasie bardzo aktywnie ujawnił swoją działalność i długie macki m.in. Światowy Kongres Żydów - w istocie samozwańczy gang kilkudziesięciu wpływowych Żydów nieposiadający żadnej legitymizacji światowego żydostanu. Drugą z tych zbiorowych hien jest Komitet Restytucji Mienia utraconego na skutek „holokaustu”. Ich bezczelność była stymulowana przez nacyjną współpracę polskojęzycznych knesejmitów w Kne-Sejmie. Zabrali się dziarsko do uchwalania ustawy o rekompensatach za przejęte przez państwo nieruchomości i inne „dobra”. Na całe cztery lata żydostan zawiesił te żądania, udając że o nich zapomniał, ale tylko na czas naszej inwazji na Irak i Afganistan. Kiedy ostatni polski żołnierz opuści Afganistan, Żydzi natychmiast obudzą się z tego pozornego snu.

Ustawę zgłoszono do Kne-Sejmu już w 2004 roku, a więc sześć lat temu, ale Rada Ministrów przyjęła jej projekt dopiero w lutym roku następnego. Co więcej, Kne-Sejm nie zdążył jej rozpatrzyć i projekt ten został wrzucony jak cuchnąca żaba następnej ekipie knesejmitów. Zaczęły się targi o wysokość „odszkodowania”, czyli okupacyjnego haraczu. Rząd ówczesny wyszedł z żydowskiej podstawy roszczeń wynoszących około 60 mld złotych.

Ówczesny Kne-Sejm, pomny grozy sytuacji polskiego budżetu, który już wówczas był na minusie pół biliona złotych, a obecnie już ponad 800, miliardów, przychylał się ku stanowisku, że możemy Żydom wypłacić zaledwie 15 procent tej kontrybucji. Była jednak wcześniejsza decyzja rządu Jerzego Buzka, o wypłaceniu im 50 procent żądanego haraczu, toteż Jehuda Evron, szef gangu o nazwie Holocaust Restitution Committee wrzasnął, że: „15 procent to dla nas obraza”.

Na stronie internetowej „Antysocjalistyczne Mazowsze” z 12 września 2006 roku, publicysta Krzysztof Mazur zauważył:

Jak się więc łatwo domyślić, „godność” Żydów została oszacowana! gdzieś pomiędzy 15 a 50 procentami z owej kwoty 60 miliardów złotych, co nareszcie jasno i bez owijania w bawełnę konkretyzuje, poniżej jakiej kwoty zaczyna się antysemityzm. Oczywiście na poziomie rządu nigdy o żadnym antysemityzmie nie mogło być mowy, co dobitnie poświadcza cytowany wcześniej Jehuda Evron donoszący, iż „mam całe kartony listów od polskich przywódców, którzy obiecywali rozwiązanie tego problemu”.

No proszę - pisze dalej Krzysztof Mazur - aż „całe kartony listów” i ani jednego nazwiska pomimo, że listy te były pisane przez „polskich przywódców”. Na blogu Kazimierza Marcinkiewicza też o tym ani słowa. Problem z tymi nazwiskami polskich patriotów potwierdza Szewach Weiss. Otóż pan ambasador opisując reakcje na jego wypowiedź, iż Polska będzie „izraelskim głosem w Unii” podał, że zadzwonił do niego „bardzo wysoki przedstawiciel polskiej dyplomacji” [stawiam w ciemno, że był to niezastąpiony ambasador Izraela i Polski Władysław Bartoszewski - H.P.] Jeden z najinteligentniejszych Polaków żydowskiego pochodzenia, który powiedział : „nie będziemy waszym głosem w Unii. Będziemy głosem Polski [i słusznie, bowiem głos Polski jest tym samym co głos Izraela - H.P.], dodając zarazem: „nie bój się, nasz głos będzie po prostu porządny”.

Mamy więc oczywisty dowód na to, że „polski antysemityzm” jest na wymarciu, a „głos porządny” jest głosem nie tyle proizraelskim co wprost izraelskim, skoro mówiący te słowa intelektualista żydowskiego pochodzenia, „dyplomatołek” bez matury, tako był orzekł.

Dalszy ciąg wojny, na którą wyruszyli dwaj „straszni bracia” - z lepperyzmem, giertychizmem oraz ich partiami - już znamy. Wyrzucili z koalicji ich partie, na skutek czego, kaczyści stali się mniejszością knesejmową. Rozwiązali Kne-Sejm jakby licząc na to, że tym razem zgarną większość miejsc w nowych wyborach. Przeliczyli się. Stali się mniejszością, czyli „prześladowaną” opozycją, a my konsekwencje tego pokerowego zagrania na żądanie ich współbraci zza oceanu, musimy z autorskiego obowiązku pociągnąć aż do ich tragicznego końca w Smoleńsku. Mafia polityczna tzw. „Platformy Obywatelskiej”, niemieckiego chowu i niemieckiej, /raczej prusackiej/ buty, podję?a z?nimi zaciek?? wojn? podjazdow?, nawet odmawiaj?c rz?dowego tupolewa na ich wsp?lne konwentykle w?brukselskim ?ydostanie.ła z nimi zaciekłą wojnę podjazdową, nawet odmawiając rządowego tupolewa na ich wspólne konwentykle w brukselskim żydostanie. Latali osobno. Ekipa Lecha Kaczyńskiego musiała polecieć do Katynia także osobno, trzy dni później po manifestacyjnej anty - kaczyzmowej schadzce Tuska z Putinem w Katyniu. A tam, w Smoleńsku, towarzysze z zażydzonej Federacyjnej Służby Bezpieczeństwa - postarali się, aby samolot prezydencki napotkał wyjątkowo niekorzystne warunki do lądowania.

Nikt jednak nie odważy się przyznać w przekaziorach: w Tel-Awizjach, ani w Belwederze, ani w rządzie, że gang Platformy Obywatelskiej jest współwinny tego zbiorowego mordu na prezydencie i jego dworzanach. A że poległo kilka osób także z PO; że do ziemi poszły trzy wojujące feministki; że przestał kandydować na prezydenta lider neokomunistów, to cóż - śmierć nie wybiera. Miał polecieć i drugi brat - bliźniak. Został przy chorej matce. Można więc powiedzieć bez żadnej przesady, że pani Kaczyńska urodziła Jarosława ponownie.



1. Wyrażenie J. Kaczyńskiego.

2. Przełożył z angielskiego dla autora Zbigniew M.

3. Żydowscy rasiści redagujący ten paszkwil nie mogli znaleźć angielskiego odpowiednika dla słowa: „Wszechpolska”. Chodzi o Młodzież Wszechpolską.

4. Mają na myśli „getto ławkowe”.
5. Typowa wdzięczność żydowska - już zapomnieli Giertychowe lizusostwo w Jedwabnem, gdzie swoją obecnością „dawał odpór” demonom krwawego „antysemityzmu” mieszkańców Jedwabnego!

6. Co zdanie to kłamstwo!

7. Zdjęcie na okładce mojej książki „Prosto w ślepia”. Słowo „mycka” pochodzi z niem. Mütze i oznacza to samo co „jarmułka”. Nazwa z tureckiego - jagmurłk - opończa z kapiszonem na głowie.


c.d.


09 Kwi 2011 18:53
Profil

Rejestracja: 28 Gru 2008 21:11
Posty: 2114
Post Re: Henryk Pajak
Osobnym lotem po śmierć w Smoleńsku

Od grudnia 2009 roku, w związku ze zbliżającą się siedemdziesiątą rocznicą masakry polskiej inteligencji w Katyniu, Miednoje i Charkowie, rząd Tuska i „trzecia siła” sterująca Putinem i Miedwiediewem, rozpoczynały koronkowe intrygi dyplomatyczne. Chodziło o wyeliminowanie prezydenta L. Kaczyńskiego z głównych uroczystości. Powodzenie tej intrygi, jak się okaże w krwawym finale, miało polegać na zorganizowaniu dwóch odrębnych uroczystości. Pierwsza miała się odbyć z udziałem dwóch głównych judaszy polsko-rosyjskich. Ta druga, z udziałem Lecha Kaczyńskiego i najwyższych dowódców wojska, posłów, działaczy politycznych, miała wyruszyć do Smoleńska kilka dni później, zmarginalizowana do statusu niemal prywatnej wycieczki.

Nigdy chyba nie wyjaśni się, czy ten odrębny lot dwóch delegacji mógł być realizacją planu zbrodni przygotowywanej z jeszcze bardziej dalekiego rozbiegu - od czasu targów o miejsce prezydenta Kaczyńskiego w samolocie rządowym w podróżach do Brukseli.

Chronologię intryg zmierzających do odrębnego lotu prezydenta i jego ekipy opisała „Gazeta Polska” /7 października 2010/.

Zacząć wypada od prawa każdego prezydenta Polski do przewodniczenia wszystkim państwowym uroczystościom, z których ta właśnie miała być wyjątkowa, wręcz nadzwyczajna. Spinała okrągłą klamrą czasową pamięć niespotykanego w cywilizacji chrześcijańskiej mordu na elicie sąsiedniego państwa, dokonanego przez chazarskich okupantów Rosji w 1940 roku.

Organizatorem uroczystości miała być z urzędu Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, ale przygotowania były oficjalnie obowiązkiem rządu.

Nie wiadomo, czy tajne konszachty międzyrządowe nie rozpoczęły się już podczas wizyty Putina w Westerplatte.

Oficjalnie, intrygę o eliminację delegacji z L. Kaczyńskim ze wspólnej z Tuskiem wyprawy do Katynia, rozpoczyna pierwsze spotkanie organizacyjne polsko-rosyjskie 11 stycznia 2010 roku. Wzięli w nim udział przedstawiciele Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, Komitetu Politycznego Rady Ministrów, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, MON, MSWiA, Komendy Głównej Policji, Biura Ochrony Rządu, Federacji Rodzin Katyńskich i duchowieństwa. Obozowi Tuska chodziło głównie o rozpoznanie determinacji prezydenta i jego Kancelarii w sprawie wyjazdu.

Jako termin uroczystości przyjęto 10 lub 11 kwietnia.

- 22 stycznia: rosyjski minister spraw zagranicznych S. Ławrow unika odpowiedzi na pytanie, czy można się spodziewać obecności prezydenta Dmitrija Miedwiediewa i premiera Władimira Putina na uroczystościach katyńskich. Jednocześnie Ławrow już wtedy przyznał, że „strona polska” nieoficjalnie zapoznała Rosję /nie „Rosję” tylko rządzącą klikę rosyjskich „matrioszek”/ ze swoimi planami wobec tej rocznicy. Ławrow oznajmił:

Jesteśmy zainteresowani, by udzielić pomocy w zorganizowaniu uroczystości na naszym terytorium.1

Ławrow tym samym przyznał, że „Rosja” nie zamierzała wtedy - w styczniu - być organizatorem uroczystości, jedynie deklarowała swoją „pomoc” w jej zorganizowaniu. Byli tym „zainteresowani”. Mogło to oznaczać, że plan intrygi jeszcze nie dojrzał do krwawego schematu - dwóch odrębnych wypraw polskich do Katynia.

- 27 stycznia: Podsekretarz Stanu w Kancelarii Prezydenta RP Mariusz Handzlik /poległ w Smoleńsku/, oficjalnym pismem informuje ambasadora rosyjskiego w Polsce Władimira Grinina, że prezydent Lech Kaczyński chciałby /dlaczego chciałby, a nie chce?/, wspólnie z prezydentem Federacji Rosyjskiej „pochylić się nad grobami polskich i rosyjskich ofiar”. W tym sformułowaniu, naszym zdaniem, tkwiła typowa dla L. Kaczyńskiego tania prowokacja, która mogła „zjeżyć” Putina. Oto prezydent Kaczyński chce się spotkać w Katyniu tylko z prezydentem Miedwiediewem! A co z Putinem, rzeczywistym carem Rosji? Może on przybyć, ale jakby „na dostawkę”. Jako asysta? Czy Kancelaria L. Kaczyńskiego nie mogła zająknąć się o nieodpartym pragnieniu prezydenta spotkania z obydwoma - Miedwiediewem i Putinem, wspólnie z Tuskiem i jego ferajną?

Gdyby potraktować ten wątek jako przypadek dyplomatycznej niezręczności, to pół biedy, ale było to chyba świadome wysłanie Putina na ten dzień gdzieś na ryby!

Ten sam 27 stycznia: Mariusz Handzlik informuje ministra spraw zagranicznych Polski, Wielkiej Brytanii, USA i Izraela czyli Radosława „Sikorskiego” z siedzibą w Polsce, Warszawa, że Pan Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej planuje oddać hołd ofiarom /etc./ na polskim Cmentarzu Wojennym w Katyniu.

Podobne pismo M. Handzlik pchnął do Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, na ręce sekretarza generalnego Rady - Andrzeja Przewoźnika /poległ w Smoleńsku/ oraz podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Zagranicznych Andrzeja Kremera /poległ w Smoleńsku/.

29 stycznia: Mariusz Handzlik zwraca się do sekretarza Rady A. Przewoźnika o: „przekazanie informacji nt. aktualnego stanu przygotowań do obchodów”.

Podsumujmy styczeń: „Rosjanie” wiedzą o woli prezydenta Lecha Kaczyńskiego co do spotkania z prezydentem Miedwiediewem nad mogiłami katyńskimi, nasze ministerstwo spraw zagranicznych także już o tym wie, podobnie Rada Pamięci.

Drugiego lutego w siedzibie Rady Ochrony Pamięci i Męczeństwa odbywa się spotkanie w sprawie scenariusza obchodów rocznicy zbrodni katyńskiej. Obecni są przedstawiciele: Rodzin Katyńskich, Komitetu Politycznego Rady Ministrów, MSZ i BOR. W jednym z rozważanych wariantów obchodów przewiduje się wspólny udział polskiego prezydenta i premiera. W drugim wariancie - wyłącznie prezydenta.

To z kolei, naszym zdaniem, jest afrontem dla premiera Tuska - czyżby Tusk miał tego dnia zostać w Polsce i jechać na mecz z „Orlikami”?

Reakcja „strony rosyjskiej” jest natychmiastowa. Już nazajutrz premier Włodzimierz Putin w rozmowie telefonicznej z premierem Tuskiem „nieoczekiwanie” zaprasza Tuska na uroczystości katyńskie w połowie kwietnia. Tak zwana „opinia publiczna” w Polsce została poinformowana przez medialne środki masowego rażenia, że z inicjatywą wystąpił premier Putin, ale my staramy się nie należeć do frajerów, którym da się wmówić, że Putin miał tylko łączność telepatyczną z „Tuskinem” i tuż po przespanej nocy rzucił prestiżowi „Tuskina” koło ratunkowe w postaci propozycji wspólnej wycieczki do Katynia z pominięciem prezydenta Kaczyńskiego. Na poparcie naszych przypuszczeń o uprzednim tajfunie telefonów międzyrządowych w tej sprawie, posłużmy się ponadczasową sentencją słynnego George'a Orwella:

Tylko inteligent może w coś takiego uwierzyć - żaden zwykły człowiek nie mógłby być takim durniem.2

Ma się rozumieć, opakowano tę propozycję w plan wspólnego spotkania obydwu premierów, celem omówienia „stanu stosunków dwustronnych” i „perspektywy współpracy handlowo-gospodarczej i energetycznej”. Rzekomo uzgodnili w tej rozmowie „sprawę zorganizowania kolejnego posiedzenia Polsko-Rosyjskiej Komisji Międzyrządowej ds. Współpracy Gospodarczej w kwietniu br w Kalingradzie”. Dopiero w tym opakowaniu Putin miał przypomnieć sobie o Katyniu i zaprosić „Tuskina” do Katynia.

Tego samego dnia błyskawicznie reaguje minister R. „Sikorski” oświadczając, że on ma „nadzieję”, iż te „wspólne uroczystości będą kolejnym krokiem ku…” - ple-ple, ble-ble.

W tym sztampowym bełkocie wyrwało się „Sikorskiemu” intrygujące zdanie:

Należą się słowa uznania dla osobistej dyplomacji premierów…

A, to już jakiś konkret, choć bardzo niekonkretny! Oznaczało to, że obaj premierzy prowadzą między sobą „osobistą dyplomację”, niezależną od oficjalnej. Dałoby się tę dwutorowość dyplomacji usprawiedliwić ich „osobistą dyplomacją” w sprawach rzeczywiście bieżących, np. gospodarczych, ale tu chodziło o Katyń, a to już wykraczało poza ich „osobistą dyplomację”, zwłaszcza mającą zakończyć się finałem na lotnisku smoleńskim.

Czas przyśpiesza: nazajutrz, czwartego lutego prezydent Lech Kaczyński w oczywisty sposób czując, że inicjatywa w sprawie scenariusza uroczystości wymyka mu się z rąk, oświadcza oficjalnie, że podtrzymuje swój zamiar udziału w uroczystościach. Dodaje, iż cieszy go obecność premiera Tuska. Jednocześnie szef Kancelarii Prezydenta RP Władysław Stasiak /poległ w Smoleńsku/ oświadcza, iż prezydent Lech Kaczyński: „chciałby być w Katyniu razem z prezydentem Miedwiediewem”.

Cytując to zdanie, „G.P.” udaje, że nie dostrzega prowokacyjnego podtekstu tego oznajmienia. Mówiąc krótko - oto Putin z Tuskiem zdecydowanie umawiają się w Katyniu, podczas gdy Lech Kaczyński twardo podtrzymuje pragnienie spotkania z prezydentem Miedwiediewem, czyli premierowi Putinowi nadal sugeruje wyjazd na ryby!

- 5 lutego: rzecznik MSZ Piotr „Paszkowski” potwierdza, iż „organizatorem uroczystości w Katyniu tym razem [!] jest strona rosyjska”. „Paszkowski” dodaje, że zaproszenie zostało „wystosowane przez premiera Putina”, a to przecież oznacza, że strona zapraszająca jest gospodarzem, zarówno uroczystości, jak i „terenu”.

W tym momencie odzywają się przysłowiowe nożyce. Strona „rządowa” oznajmia swoje „niezadowolenie” z podtrzymania przez prezydenta RP jego zamiaru udziału w uroczystościach rocznicowych w Katyniu. „Sikorski” ósmego lutego oznajmił z typową mu zuchwałością: „Osobiście radziłbym prezydentowi inne rozwiązanie niż udział w uroczystościach w Katyniu”.

Jeżeli inne rozwiązanie, to jakie? Wyjazd na ryby? „Sikorski” łaskawie dodaje, że jeżeli jednak Lech Kaczyński chce pojechać do Katynia, to „rząd mu pomoże”.

To kolejna bezczelność tego dawnego /?/ agenta wywiadu brytyjskiego w Afganistanie podczas wojny sowiecko-afgańskiej /zob. foto/. Oznaczać to, mogło, że:

- wspólna wycieczka „Tuskina” i Putina do Katynia jest już zaklepana na amen:

- nie ma mowy o obecności tam i w tym samym czasie niejakiego Lecha Kaczyńskiego;

- mogą mu /łaskawie/ „pomóc” w takiej wycieczce, ale w innym czasie.

Co oznacza taka deklaracja „pomocy”? A to, że od tego momentu „Tuskin” i Putin będą prowadzili dyplomatyczne intrygi na rzecz wysłania prezydenta L. Kaczyńskiego i jego delegacji w innym czasie ze skutkiem znanym dopiero dwa miesiące później. Mają być dwie uroczystości. Ta prawdziwa, międzypaństwowa, na czele z „Tuskinem” i Putinem i ta druga - drugorzędna, jakby prywatna, taki sobie kaprys prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Klamka zapadła, teraz następuje etap przygotowawczych.

Reaguje oficjalnie sekretarz stanu w Kancelarii Prezydenta Paweł Wypych /poległ w Katyniu/. Podtrzymuje on pragnienie uczestnictwa prezydenta w Katyniu w 70-tą rocznicę mordu. Przypomina również:

Minister Sikorski doskonale wiedział już od 27 stycznia, że prezydent Kaczyński chce wziąć udział w tych uroczystościach.

Tu nasza uwaga: 10 kwietnia to tradycyjny dzień tamtych uroczystości. Nadto miała to być sobota, dzień wolny od pracy, a w niedzielę, po powrocie, czas na odpoczynek. Sobota jest zarazem dniem żydowskiego szabatu, a to nie pozwalało ortodoksyjnym Żydom podróżować! Zapewne ta okoliczność /pretekst?/ uratowała życie np. rabinowi Schudrichowi i innym „orto”, ale to nasza spiskowa teoria. Powracamy do realiów.

- 19 lutego: do gry wkracza marszałek „Kne-Sejmu” Bronisław Komorowski, nota bene zaciekły przeciwnik lustracji, rozwiązania Wojskowych Służb Informacyjnych, swego czasy zwolennik usunięcia tzw. „krzyża papieskiego” z Auschwitz, a po latach „krzyża smoleńskiego” sprzed pałacu prezydenckiego.

W tym czasie Komorowski /„Komoruski”/ jest już oficjalnym kandydatem Platformy Obywatelskiej na prezydenta. W wywiadzie dla „mendiów” oświadczył, że „prezydent L. Kaczyński nie może się publicznie domagać, aby go gdzieś zaproszono”. To kolejna dawka politycznego nietaktu i osobistego chamstwa. Prezydent L. Kaczyński wszak nie domagał się zaproszenia na darmowy obiad do Komorowskiego, Putina czy Tuska, tylko na uroczystość siedemdziesiątej rocznicy wymordowania elity narodu polskiego.

Do akcji wkracza ambasada „rosyjska”. Udaje, że dotychczas nie otrzymała z Kancelarii Prezydenta informacji o tym, że Lech Kaczyński pragnie wziąć udział w uroczystościach. „Nie widziałem takiego pisma” - mówi ambasador Grinin. Oświadczenie jest zapowiedzią licznych potem matactw w przepływie oficjalnych pism dyplomatycznych, bo przecież Mariusz Handzlik już 27 stycznia wysłał ambasadzie sow… - pardon - rosyjskiej, wspomniane pismo Kancelarii Prezydenta, a Grinin nadal udaje nie tyle przysłowiowego Greka, co ruskiego duraka.

Ambasador dodaje także, iż „na razie” nie jest planowany przyjazd prezydenta Federacji Rosyjskiej do Katynia. Czytaj - tym samym obecność prezydenta RP staje się jeszcze bardziej kłopotliwa, zbędna, bo naruszałaby symetrię: prezydent Rosji - prezydent Polski.

Urzędnikami Kancelarii Prezydenta chyba „zatrzęsło”, bo dyrektor Biura Spraw Zagranicznych w Kancelarii Prezydenta RP - Kazimierz Kuberski, 21 stycznia śle do ambasadora Grinina pismo, w którym zaprasza pana ambasadora do Pałacu Prezydenckiego na 22 lutego godz. 1000 „celem wyjaśnienia zaistniałych niejasności” oraz „ponownego przedstawienia stanowiska Prezydenta RP w sprawie uroczystości”.

Stanisław „Ciosek”, były wieloletni ambasador RP w Moskwie, komentując ten ping-pong korespondencyjny powiedział, że „tu nic nie dzieje się bez konsultacji z centralą”. Oznacza to, że ambasador Grinin był tylko „brzuchomówcą” przekazującym dyrektywy Putina i Miedwiediewa. Natomiast ambasada sowiecka puściła w internecie następującego „bąka”, bo inaczej trudno to nazwać:

W związku z błędną interpretacją przez polskie media odpowiedzi Ambasadora Rosja na pytanie dziennikarzy podczas Dnia Otwartego Ambasady w dniu 20 lutego 2010 r., Służba Prasowa Ambasady oświadcza:

W swojej odpowiedzi Ambasador Rosji powiedział, że Ambasada Rosji nie otrzymała żadnych konkretnych propozycji w sprawie udziału Prezydenta Polski w uroczystościach w Katyniu. Jak również nie było ich w piśmie Kancelarii Prezydenta Polski. Co dotyczy zamiaru L. Kaczyńskiego złożenia wizyty w Katyniu, o tym, oczywiście, wiemy. Wszystkie inne interpretacje są wolną i nieodpowiedzialną interpretacją słów Ambasadora Rosji w Polsce. Ubolewamy nad tym, że te komentarze są powodem do ogłoszenia dalekosiężnych i nieuzasadnionych oświadczeń.

Mariusz Handzlik 8 marca sporządził notatkę informacyjną, w której m.in. wyraża „zdziwienie wypowiedzią Ambasadora z soboty 20 lutego”. Informuje Grinina, że przygotowaniem obchodów zajmuje się Sekretarz Generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa pan Andrzej Przewoźnik, „który w ostatnich dniach przebywał na konsultacjach w Rosji”.

Ambasador odpowiedział, że nic nie wie o wizycie Sekretarza Generalnego A. Przewoźnika w Rosji (!), ani o wyznaczeniu przedstawiciela rosyjskiego rządu, odpowiedzialnego za uroczystości katyńskie.

Szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak ponownie potwierdza w imieniu Kancelarii gotowoś? prezydenta L. Kaczy?skiego do udzia?u w?uroczysto?ciach.

ć prezydenta L. Kaczyńskiego do udziału w uroczystościach.

- 2 marca: Marszałek Komorowski wystosował do Prezydenta pismo informujące, iż „kluby parlamentarne zgłosiły zainteresowanie udziałem w uroczystościach” i proszą o: „umożliwienie posłom skorzystania z wolnych miejsc w samolocie, którym będzie Pan prezydent udawał się na te uroczystości”.

- 3 marca: dyrektor Zespołu Obsługi Organizacyjnej w Kancelarii Prezydenta Janusz Strużyna informuje szefa Kancelarii Prezesa Rady Ministrów Tomasza Arabskiego o „konieczności zabezpieczenia przelotów samolotów specjalnych Tu-154M” na trasach Warszawa - Smoleńsk, Smoleńsk - Warszawa. Podaje datę: 10 kwietnia.

Tymczasem już tego samego dnia pojawia się w polskich „mendiach” informacja, że prezydent i premier nie pojadą razem, bo Donald Tusk wraz z rosyjskim premierem Putinem wezmą udział w uroczystości 7 kwietnia. I dalej - że prezydent Lech Kaczyński pojedzie tam trzy dni później. To w przyszłych konsekwencjach - oznaczało wyrok śmierci.

- 4 marca: Prezydent L. Kaczyński mówi do dziennikarzy: „Ja myślę, że byłoby dobrze, żeby to była wspólna wyprawa prezydenta i premiera, ale jeżeli jest to niemożliwe, to ja pojadę w dniu, w którym będą podstawowe uroczystości, a to jest 10 kwietnia”.

Tego samego dnia Tomasz Arabski stwierdza, że do spotkania premierów dojdzie w Katyniu 7 kwietnia. Rzecz jest więc ponownie przesądzona - lecą w różnych terminach i w różnych celach: premier na uroczystości, prezydent na śmierć!

- 5 marca: Władysław Stasiak odpowiada na zapytanie Marszałka Komorowskiego z 2 marca. Proponuje udostępnienie 12 miejsc dla przedstawicieli parlamentu - po trzy osoby z każdego klubu. Zwraca się o przekazanie listy tych parlamentarzystów.

- 9 marca: dyrektor Janusz Strużyna z Kancelarii Prezydenta informuje szefa Kancelarii Premiera o konieczności zorganizowania i zapewnienia przelotów samolotami specjalnymi Tu-154M oraz Jak-40 /dla dziennikarzy/. Ten ostatni ma wystartować z Warszawy 1,5 godz. przed tupolewem, a ze Smoleńska - 10 minut po starcie tupolewa.

- 11 marca: rzecznik rosyjskiego MSZ Andriej Niestierenko oznajmia, że Moskwa nadal nie posiada oficjalnej informacji o przylocie prezydenta L. Kaczyńskiego!

Tym razem obydwie kancelarie - prezydenta i premiera są tym „zaskoczone”, gdyż cały czas trwają rozmowy robocze o przylocie prezydenta do Katynia.

Mało tego - premier Tusk tego samego dnia oświadcza, że pytał wiceministra spraw zagranicznych Andrzeja Kremera, „co jest z tą organizacyjną stroną rocznicy katyńskiej”. Dodał, że strona rosyjska wie, iż prezydent L. Kaczyński chce wybrać się na tę uroczystość, zna datę. Przyznaje jednak, że „odpowiednia nota” będzie wysłana „wtedy, kiedy będziemy znali pełny skład polskiej delegacji”.

Wylazło szydło z worka: okazuje się, że „polskie” MSZ nie wysłało Rosjanom oficjalnej noty, choć było to ich rutynowym obowiązkiem.

Rosyjskie „Wriemia Nowosti” uzyskują wywiad z ambasadorem Grininem. Powiedział wtedy:

Premier Polski przyjął zaproszenie z wdzięczności. Prezydent Polski również przyjął zaproszenie do Katynia, co sprawiło, że służby protokolarne doznały bólu głowy. Jeszcze raz udowodniono rywalizację polityczną z premierem. Wreszcie w Warszawie znaleziono wyjście z tej kłopotliwej sytuacji: premier i prezydent jadą do Katynia osobno…

Ambasador stwierdza, że Moskwa jeszcze nie otrzymała potwierdzenia przylotu polskiego prezydenta, czyli nadal „rżnie głupa”. Tytułem komentarza, Grinin zaprzecza „pogłoskom”, iż zaproszenie D. Tuska przez Putina jest „niejako intryżką” Moskwy, jakąś głęboko przemyślaną akcją mającą na celu poróżnienie prezydenta Polski z premierem Tuskiem:

Wydaje mi się, że tego rodzaju mędrkowanie świadczy albo o niezrozumieniu tego co się dzieje, albo o umyślnej chęci „podstawienia nogi” rozwojowi stosunków polsko-rosyjskich, oczerniania tego szlachetnego gestu uczynionego przez stronę rosyjską. Niech to obciąża sumienie tego, kto takie oświadczenia produkuje.

A my zapytajmy: czyje sumienia obciąża konsekwencja tego podziału na dwa loty z 10 kwietnia 2010 roku?

16 marca podsekretarz stanu Mariusz Handzlik w piśmie do ministra „Sikorskiego” kolejny raz potwierdza: „Prezydent RP Pan Lech Kaczyński będzie przewodniczył polskiej delegacji…” Jednocześnie zdecydowanie dodaje w tym piśmie:

W związku z pojawiającymi się wypowiedziami MSZ Federacji Rosyjskiej, jak i spekulacjami medialnymi, zwracam się z uprzejmą prośbą o niezwłoczne notyfikowanie przyjazdu Prezydenta RP stronie rosyjskiej.

Skutek jest taki, że dwustronny jazgot na ten temat wzajemnie się wyklucza i znosi. Rzecznik MSZ „Paszkowski” informuje, że ministerstwo już przekazało stronie rosyjskiej formalną notyfikację w sprawie wizyty prezydenta w Katyniu, jednocześnie wiceminister spraw zagranicznych Andrzej Kremer pisze do szefa kancelarii prezydenta - Władysława Stasiaka, że polska ambasada w Moskwie już notyfikowała udział prezydenta w Katyniu. To demaskuje oświadczeniu „Tuskina” z 12 marca, że nieustalenie ostatecznego składu delegacji nie było rzeczywistą przeszkodą we wcześniejszej notyfikacji.

Intryga leci za intrygą: tego samego dnia - 16 marca Mariusz Handzlik informuje pisemnie ministra „Sikorskiego”, że w dniach 18-19 marca przybędzie on (Handzlik) do Moskwy w celu omówienia szczegółów uroczystości.

Tego samego dnia „polski” ambasador w Moskwie Jerzy Bahr3 wysyła do Mariusza Handzlika pismo informując go, że nie jest możliwa realizacja przyjazdu M. Handzlika do Moskwy, gdyż w dniach 17-18 marca zamierza udać się do Moskwy delegacja z Tomaszem Arabskim i Andrzejem Kremerem, a w dniu następnym przyjedzie jeszcze grupa przygotowawcza.

A przecież obydwa pobyty - grupy Handzlika i grupy Arabskiego-Kremera można było połączyć! W rzeczywistości było to niemożliwe. To była coraz bardziej brutalna wojna podjazdowa.

- 17 marca szef Kancelarii Prezydenta Władysław Stasiak śle do ministra Bogdana Klicha pismo z zaproszeniem dla najważniejszych dowódców Wojska Polskiego. W piśmie wymienia ich nazwiska i funkcje, co w skutkach zamienia się na nieświadome wyroki śmierci dla każdego z nich!

Tego samego dnia Mariusz Handzlik prosi ministra „Sikorskiego” o „udział Pana Ministra w delegacji towarzyszącej Panu Prezydentowi”.

- 18 marca: min. „Sikorski” odpowiada pisemnie jednym gburowatym zdaniem informując Kancelarię Prezydenta, że nie weźmie udziału w delegacji towarzyszącej prezydentowi. Żadnego wyjaśnienia przyczyn odmowy.

Tego samego dnia dyrektor Biura Spraw Międzynarodowych Sejmu śle do Kancelarii Prezydenta listę 12 przedstawicieli klubów parlamentarnych, którzy mają reprezentować polski parlament w Katyniu.

- 19 marca Minister B. Klich zawiadamia szefa Kancelarii Prezydenta W. Stasiaka, iż 10 kwietnia jednak zamierza towarzyszyć delegacji prezydenta w Katyniu. Dodaje uprzejmie, iż „z satysfakcją” przyjął zaproszenie do tego wyjazdu.

Ostatecznie B. Klich nie poleciał. Miał „nosa”? Dostał jakiś „cynk”? Może przeszkodził mu dzień szabatu? W każdym razie przeżył. Natomiast po katastrofie bezczelnie kłamał mówiąc, że on nie wiedział, iż dowódcy sił zbrojnych znajdą się w tym samolocie - trumnie. Wszyscy w jednym samolocie, niemal cały Sztab Generalny! Zwłaszcza dwa lata po katastrofie /?/ samolotu Casa, gdzie upchnięto 20 wysokiej rangi dowódców lotnictwa i wszyscy zginęli.

- 25 marca: rzecznik rosyjskiego MSZ Niestierienko wreszcie potwierdza, że otrzymali oficjalną notę stronę polskiej. Doszła. Na piechotę?

- 31 marca: zastępca Kancelarii Prezydenta Jacek Sasin przesyła wiceministrowi MSZ Kremerowi ostateczny skład delegacji.

Tego samego dnia zostaje anulowany wniosek dowództwa 36. Pułku dotyczący tzw.„liderów” rosyjskich w samolocie prezydenckim, gdyż „załogi znają język rosyjski”. To ważne, bo przez wiele tygodni po „katastrofie” Rosjanie utrzymywali, że rozmowy załogi z kontrolerami lotu były spowolnione z powodu nieznajomości języka rosyjskiego przez załogę Tu-154M.

- 6 kwietnia: wiceprzewodniczący Klubu Parlamentarnego PiS M Kuchciński zwraca się pisemnie do Marszałka Komorowskiego „z uprzejmą prośbą o przesunięcie bloku głosowań z piątku 9 kwietnia na czwartek 8 kwietnia, gdyż 60 posłów tego Klubu wyjeżdża 9 kwietnia na obchody rocznicowe”. Chodziło o planowany wyjazd pociągiem.

Komorowski odmawia, toteż posłowie PiS pełniący ważne funkcje w Sejmie decydują się pozostać w Warszawie i lecieć samolotem. To oznaczało dla nich wyrok śmierci. Czy oni śnią się teraz towarzyszowi „Komoruskiemu”? Chyba nie.

- 7 kwietnia w Katyniu odbywają się uroczystości z udziałem Putina i Tuska.

- 10 kwietnia, godzina 7.27: spóźniony na samym starcie /z jakich powodów?/ prezydencki tupolew unosi się w powietrze...

A my musimy poinformować jednych, a przypomnieć innym Czytelnikom złowieszczą wypowiedź marszałka Komorowskiego dla TVN:

No nie, nie pretenduję do roli wieszcza czy roli proroka, ale wie pan... Przyjdą wybory prezydenckie, albo prezydent będzie gdzieś leciał - i to się wszystko zmieni...4


c.d.


09 Kwi 2011 18:58
Profil

Rejestracja: 28 Gru 2008 21:11
Posty: 2114
Post Re: Henryk Pajak
Kim jest Tomasz Arabski?


Tamci lecą po śmierć, a my pozostajemy na ziemi w Polsce. Czas przyjrzeć się roli /misji/ niejakiego Tomasza Arabskiego - szefa Kancelarii premiera Tuska. „Gazeta Polska” z 7 października 2010:

Tomasz Arabki jest blisko związany z byłym metropolitą gdańskim abp Tadeuszem Gocłowskim. Nazywany „człowiekiem arcybiskupa” z racji swoich znajomości /przyjaźni się m.in. z ks. Kazimierzem Sową i o. Maciejem Ziębą5, jest też członkiem Krajowej Rady Katolików Świeckich/. Arabski jest uważany za łącznika premiera Tuska z kręgami kościelnymi. Należy też do najbardziej zaufanych osób premiera i do najważniejszych jego „pijarowców”. Szef PO prywatnie mówi o nim „Arab”.

Wzmianka o abp „Gocłowskim” i dominikaninie Macieju Ziębie, byłym prowincjale zakonu dominikanów, otwiera szerokie pole do przyjrzenia się tym postaciom. Zacznijmy od arcybiskupa „Gocłowskiego”. Jako dziecko żydowskie został przygarnięty i ocalony przez siostry zakonne. Otrzymał tam formację katolicką, toteż później poszedł „w tym kierunku” czyli do seminarium duchownego, stając się bardzo wpływowym kryptożydem w kręgach „polskiego” Episkopatu.

Abp Tadeusz „Gocłowski” to wzorcowy przykład utajnionego Żyda w hierarchii Kościoła katolickiego w Polsce. To dzięki kilkudziesięciu takim jak on „koniom trojańskim” mamy nie Kościół tylko anty-Kościół w sferze, doktryny, postaw, antypolskiej agenturalności na rzecz syjonizmu, talmudyzmu, „ekumenizmu”, „nowej ewangelizacji”, a zwłaszcza antypolonizmu. Przez prawie 30 lat żyli pod parasolem ochronnym frankisty Karola Wojtyły Jana Pawła II, kardynałów: Glempa, Macharskiego, Gulbinowicza, licznych „arcybiskupów” i „biskupów”, , a teraz, goja S. Dziwisza - „kapciowego” żydostwa watykańskiego i międzynarodowego, na czele ze sterującymi nim żydomasonami z loży Bnai Brith.

Goltzman, to prawdziwe nazwisko „Gocłowskiego”. Jego rodzice przyjechali /wrócili?/ w 1922 roku do „antysemickiej” Polski z USA. Przyjechali nie z pustymi rękami, bo natychmiast kupili sklep w Ostrołęce, a cztery lata później kupili we wsi Piaski pałacyk.

W tym pałacyku rodzi się ich syn Tadeusz. W czasie okupacji niemieckiej zostają zamordowani jego rodzice, a w powstaniu w getcie warszawskim dwaj jego starsi bracia. Tadeusz zostaje stamtąd przemycony przez Polaków, czyli „antysemitów”, ukryty i wychowywany wśród sióstr zakonnych, które zmieniają jego nazwisko na „Gocłowski”, uczą go pacierza, katechizmu, etc. Jako już „prawidłowy” katolik, po szkole średniej zostaje skierowany do Seminarium Duchownego z fatalnym skutkiem dla Polski i Kościoła katolickiego.

Osiadł w regionie gdańskim, kolebce „Solidarności” - tej pierwszej, prawdziwej. I oto w czasie stanu wojennego /1981-82/ dochodzi do raptownego przyśpieszenia kariery „Gocłowskiego”. W miejscowości Cedry Wielkie, dobrze zapowiadający się, biskup pomocniczy archidiecezji gdańskiej Kazimierz Kluz ginie w wypadku drogowym. Rzeczoznawca, który dokonał oględzin wraku stwierdził, że w samochodzie biskupa zostały przecięte przewody samochodowe - banalny sposób na eliminowanie „niewygodnych” nie tylko w stanie wojennym, co wykazujemy w tej książce. Oczywiście, żaden komunikat o przyczynach wypadku nigdzie się nie ukazał, zwłaszcza o tych hamulcach.

Na miejsce tak „skasowanego” biskupa Kazimierza Kluza, zostaje powołany biskup T. „Gocłowski”. Jest więc już zainstalowany w kurii gdańskiej, ale tam rezyduje ordynariusz gdański bp Lech Kaczmarek. Okazuje się, że Jahwe wyjątkowo czuwa nad bp „Gocłowskim”, bo ordynariusz L. Kaczmarek umiera w szpitali wojskowym. Tak oto, zaledwie dwa lata po zainstalowaniu „Gocłowskiego” w Kurii Gdańskiej zostaje on ordynariuszem diecezji gdańskiej. Rozpoczyna się metodyczne podporządkowywanie archidiecezji dyktatowi władz żydokomunistycznej PRL. Jednym z warunków tego „porządkowania” archidiecezji jest przenoszenie niepokornych kapłanów na przeróżne „zakącia” diecezji, co np. konsekwentnie egzekwował abp „Życiński” w diecezji lubelskiej, „oczyszczający” zwłaszcza kadrę wykładowców Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego.

Zostaje jednak drzazga w osobie księdza prałata Henryka Jankowskiego. Zaczyna się jego powolna marginalizacja, krecie dyskryminowanie zmierzające do wyrzucenia go z parafii św. Brygidy i kościoła odbudowanego przezeń z gruzów powojennych.

„Gocłowski” godził się na eliminowanie księdza Jankowskiego za cenę zgody władz na budowę kilku obiektów sakralnych na terenie diecezji Pomorza. „Gocłowski” aktywnie współpracował z żydokomunistyczną bezpieką, co nabrało szczególnego nasilenia około 1978 roku - przed przyjazdem Jana Pawła II do Polski, w tym do „kolebki Solidarności”. W rozmowie z wojewodą gdańskim /2 04 1987/ w obecności I sekretarza KW PZPR Bejgera, generałów „Andrzejewskiego” i Cygana - zapewnił tych towarzyszy, że uczyni wszystko co w jego mocy, aby ksiądz /wtedy kanonik/ Jankowski przestał być zawadą w owocnych relacjach z żydowładzą. Obiecał, że w razie upartej niesubordynacji kanonika Jankowskiego, przeniesie go gdzieś w siną dal, do innej, mniej eksponowanej posługi pasterskiej. Zrealizował to późno i połowicznie dopiero w 2004 roku, mając już pewność, że już nikt mu w tym nie przeszkodzi, włącznie z niedołężnym Janem Pawłem II, którym rządził jego „kapciowy„ i kamerdyner - wykidajło S. Dziwisz.

„Gocłowski” udostępnił pomieszczenia kurii do „kontaktów „operacyjnych” funkcjonariuszy SB z agentami /TW/ kurii o pseudonimach:

- „Szejk” - ks. Wiesław Lauer /kanclerz kurii/

- „ Julian” - ks. Michał Kuhnbaum /no właśnie!/

- „Ludwik” - ks. Ludwik Grochowina.

Spieszmy poinformować oburzonych na nasze przypomnienie tych agentów, że te fakty zaczerpnęliśmy z książki Petera Rainy: „Agenci SB w Kurii Gdańskiej”.

Nadchodzi 1989 rok: „Gocłowski” wchodzi w skład tzw. „wielkiej szóstki” do rozmów w Magdalence przygotowującej „Okrągły Żłób” na całe następne dwadzieścia lat. Ta „wielka szóstka” to: W. Jaruzelski, Cz. Kiszczak, sekretarz PZPR M. „Rakowski”, Lech Wałęsa - „Bolek”, B. „Geremek” i T. „Mazowiecki”. Zostaje ustalony pakt zdrady nie tyle narodowej, bo nie było tam żadnych narodowców, tylko kryminalnej zdrady zadań wynikających z ich oficjalnych funkcji.

W uznaniu tych zasług, po latach, „Gocłowski” nie ponosi żadnej konsekwencji za swoją gangstersko - mafijną działalność wraz z innymi Żydami kurii w ramach jego działalności w tzw. Fundacji „Stella Mairs”. Były to malwersacje sięgające stu milionów złotych, skutkujące wyniszczającym zadłużeniem Kurii. Na pokrycie zasądzonych strat „Gocłowski” musiał sprzedawać drogie meble kurii, samochody, a głównie 80 hektarów podarowanym kurii przez ks. prałata Henryka Jankowskiego - spadek po jego ciotce. Rozpoczął się końcowy akt niszczenia prałata.

Żydowskie /innych nie było i nie ma/ „mendia” miały „Gocłowskiego” - wszak ich pobratymca - w garści: Gdy tylko „Gocłowski” zwlekał z usunięciem prałata, „mendia” przypominały mu aferę. Gdy ustępował obiecując „pogonienie” prałata, afera cichła.

Strategicznym zadaniem „Gocłowskiego” było dokonanie wraz z innymi Żydami ”transformacji” spontanicznie powstałej pierwszej „Solidarności” w pseudo - „Solidarność” - pomiot „Okrągłego Żłobu”.

„Gocłowski” brał udział w otwarciu koszernej stołówki /zob. - jak Putin na Kremlu!/, głośno wyrażał radość z wyremontowania w krótkim czasie centralnej synagogi w Gdańsku, co stało się w 1998 roku.

Biskup „Gocłowski” staje się etatową „gadającą głową” Kościoła wraz z abp J. „Życińskim” i T. Pieronkiem. Stają się oni autorytetami „polskiego” episkopatu. Ich opinie są wyrokami. Wywiady i publikacje tej trójki ukazują się w ich okręcie flagowym - „Gazecie Wyborczej”6.

„Gocłowski” próbował doprowadzić do ugody dwóch post-koszernych polit-gangów, czyli PO z PiS po wyborach 2005 roku. Nic z tego nie wyszło, bo międzynarodowy żydostan zaplanował inne rozwiązanie - rozpędzenie Kne-Sejmu przez Kaczyńskich pozostających w sojuszu sejmowym z Samoobroną A. Leppera i Ligą Polskich Rodzin.

W ten kontekst wymownie wpisuje się rola osobnika o wyjątkowo oryginalnym nazwisku: Arabski!7.

Komitywa „Arabskiego” z o. M. Ziębą także jest wymowna. O. Zięba to kryptomason z najwyższych kręgów, swego czasu członek słynnej Komisji Trójstronnej skupiającej wielkich tego świata. Jego gwiazda zaczęła jednak gasnąć na skutek wyczynowego podnoszenia ciężarów o wadze około 50 gramów. Wiadomo nie od dziś, że suma takich wysiłków potrafi nadwątlić siły Goliata.

O M. Zięba nadal jednak obraca się w wysokich kręgach polskojęzycznej i międzynarodowej masonerii, bo stamtąd nigdy się nie odchodzi. Na zakończenie tej glossy o tym byłym prowincjale polskich /?/ dominikanów, zamieszczam serię fotografii z pewnego „party” w siedzibie gdańskiej masonerii. Przy okazji dostrzeżemy tam bywalczynię tej loży, prestiżową postać tego towarzystwa - byłą prezydentową „Kwaśniewską” /Konty/. Na tym spotkaniu o. Maciej Zięba jest gościem honorowym. Załączony tu zestaw fotografii długo, ostentacyjnie był eksponowany w witrynie siedziby loży. Teraz już wszystko jest jawne. Prezydent I. Mościcki zdelegalizował „tajne stowarzyszenia” w 1938 roku. Prezydent L. Kaczyński nazwał ten akt „niefortunnym”, kiedy radośnie witał otwarcie w Polsce filii światowej loży żydowskiej Bnai Brith, która nakazała Kaczyńskiemu rozwiązać Kne-Sejm.

Siedziba loży mieści się w Gdańsku przy ulicy Świętego Ducha /Stare Miasto/, toteż i nazwa loży brzmi: „Spiritus Sanctus”.

Może dzięki takim znajomościom Tomasz „Arabski” robił i robi niezłe interesy, niestety niezbyt legalne. Z biogramu tego szefa Kancelarii premiera Tuska zamieszczonego w „G.P.” wybierzmy taki np. fragment:

Biznesowe kontakty szefa kancelarii

W lutym 2010 r. „Gazeta Polska” informowała, że Tomasz Arabski, szef Kancelarii Premiera, nabył w 2008 r. akcje przedsiębiorstwa Bomi, którego radzie nadzorczej przewodzi biznesmen Wojciech Kaczmarek. Według „Rzeczpospolitej”, nazwisko Kaczmarka pojawia się m.in. w aktach zabójstwa groźnego olsztyńskiego gangstera Dariusza R. „Rz” dotarła także do stenogramów rozmów zarejestrowanych przez CBŚ. Wynika z nich, że Wojciech Kaczmarek szczególnie interesował się śledztwem w sprawie zamordowania Krzysztofa Olewnika. Kiedy w maju 2006 r. zapadła decyzja o przekazaniu akt sprawy Olewnika do Olsztyna, prowadzący ją prokurator Piotr Jasiński zadzwonił do biznesmena, mówiąc: „Mamy tę sprawę”.

„Wojciech K. to dawny rezydent Pruszkowa w Olsztynie. Bardzo niebezpieczny człowiek. Szanowany gangster” - powiedział w „Superwizjerze” TVN Jarosław S. ps. „Masa”, świadek koronny w sprawie gangu pruszkowskiego. Sam Kaczmarek, któremu w lutym 2010 r. wysłaliśmy pytania dotyczące jego działalności, nie odpowiedział „G.P.”, grożąc nam jedynie sądem.

Z oświadczenia majątkowego Tomasza Arabskiego, które zostało złożone 25 marca 2009 r., wynika, że posiadał 11 500 akcji Bomi wartości 119 600 zł. W 2009 r. wysłaliśmy pytania do ministra dotyczące posiadanych przez niego udziałów, jednak nam nie odpowiedział.

Związki Arabskiego z Bomi i Kaczmarkiem nie są raczej przypadkowe. „W lipcu 2008 r. spółka Bomi, której akcjonariuszem także jest dom maklerski DMSA, postanowiła, że przejmie Rabat Pomorze” - pisała w październiku 2009 r. „Niezależna Gazeta Internetowa”. Co ciekawe, akcje Rabatu, które zamieniono potem na walory giełdowe Bomi, zaproponowano 35 prominentom ze świata biznesu, m.in. członkom zarządu giełdy i żonie Jacka Sochy, byłego ministra skarbu.

„NGI”: „Wśród akcjonariuszy Rabatu, którzy stali się właścicielami akcji Bomi, jest wiele innych wpływowych osób (np. Piotr Kamiński, były wiceprezes GPW, Marek Małecki, adwokat Lwa Rywina). Na liście znalazła się też Dorota Arabska, żona Tomasza Arabskiego, szefa Kancelarii Premiera Donalda Tuska. Wkład akcji Rabatu Doroty Arabskiej wyceniono przy zamianie, na 372 tys. zł. (…) 30 września 2009 r. KNF wydała komunikat >>w sprawie niezgodnego z prawem działania PPH Bomi<<. Ujawniono, że w prospekcie Bomi prawo naruszono aż 37-krotnie, poprzez zatajenie lub podanie nieprawdziwych informacji, głównie w kwestii powiązań osób nadzorujących z innymi podmiotami”. Zdaniem Mariusza Zielke, autora tekstu w „NGI” wątki poboczne tej sprawy prowadzą do afery stoczniowej, ponieważ Bomi zataiło w prospekcie emisyjnym, że Jan Woźniak, jeden z członków rady nadzorczej, jest wspólnikiem spółek Euro-Guard i Europlazma Serwis, których prywatyzacją interesowało się CBA w związku z podejrzeniem wyprowadzania majątku ze Stoczni Gdynia.

T. „Arabski” pojechał do Moskwy już pod koniec stycznia 2010 r. Spotkał się tam z przedstawicielami władz rosyjskich. Przypomnijmy, że wcześniej Kancelaria prezydenta L. Kaczyńskiego poinformowała „polską” ambasadę w Moskwie i ambasadora rosyjskiego w Warszawie o woli prezydenta wyjazdu na uroczystość w Katyniu. Nagły wyjazd „Arabskiego” do Moskwy mógł być reakcją na tę zapowiedź Kancelarii prezydenta Kaczyńskiego.

„Mógł być” czy był? Raczej to drugie.

Pytano również Kancelarię premiera Tuska, po co „Arabski” poleciał do Moskwy na czas 17-18 marca. Nieformalnymi kanałami ustalono /„G.P.”/, że „Arabski” spotkał się z przedstawicielami strony rosyjskiej w restauracji, a rozmowy trwały dwie godziny. Nagle, przed wyjazdem W. Stasiaka, szefa Kancelarii prezydenta do Moskwy, ambasador Jerzy Bahr zawiadomił Kancelarię prezydenta, że wyjazd Stasiaka nie może dojść do skutku, gdyż na ten sam czas jedzie tam „Arabski”, co wcale nie kolidowało z wyjazdem „Araba”. Koordynatorem wizyty prezydenta był szef Kancelarii Tuska, posiadał on całą wiedzę o stanie przygotowań, a zwłaszcza metod torpedowania wizyty prezydenta w Katyniu. Po „katastrofie”, ten „organizator” wizyty, czyli „Arabski”, przez 12 godzin nie mógł nawet ustalić listy pasażerów tupolewa! On, „koordynator” wizyty!

Przez 10 miesięcy po „katastrofie”, „Arabski” nie został przesłuchany przez „polską” prokuraturę - tu znów dajemy wykrzyknik! Dwa wykrzykniki!!

Wojacy z prokuratury wojskowej do końca 2010 roku nie przesłuchali także szefa Biura Ochrony Rządu gen. Mariana Janickiego. To on przecież był odpowiedzialny za logistykę zabezpieczania wizyty prezydenta. Kiedy samolot prezydencki rozpadał się na lotnisku smoleńskim, nie było tam ani jednego funkcjonariusza BOR, a przez wiele miesięcy trwała karuzela matactw - byli tam BOR-owcy, czy nie byli? Było kilku, ale lecieli w samolocie prezydenckim.

Do końca roku 2010 „Arabski” został przesłuchany tylko w sprawie śmierci Grzegorza Michniewicza, dyrektora Generalnego Kancelarii premiera. Michniewicz miał pieczę nad wszystkimi dokumentami i sprawami tajnymi, w tym także NATO-wskimi certyfikatami bezpieczeństwa. Przez ręce Michniewicza przechodziła niejawna korespondencja między stronami rządowymi Polski i Rosji. To wiedza na temat tajnych spraw mogła zabić Michniewicza. Mógł on dowiedzieć się, tuż przed swoim „samobójstwem” lub nieco wcześniej, o czymś przerażającym, o czym wcześniej nie wiedział. Tuż przed „samobójstwem” był roztrzęsiony, zwłaszcza po tekstowym telefonie komórkowym między nim i „Arabskim”. Na spacerze z psem coś mu jeszcze „doładowało” do systemu nerwowego, bo wrócił całkiem już roztrzęsiony. Było tych telefonów kilka tego popołudnia, ale ten ostatni mógł go „dobić”. Czego dotyczył? - do dziś nie wiadomo. Powtórzmy - odczyt bilingowy takich rozmów jest zabiegiem prostym dla służb dochodzeniowych.

Informacje o tym, że „Arabski” spotkał się z towarzyszami radziec… pardon - rosyjskimi nie w gabinecie rządowym jego rosyjskiego odpowiednika, tylko w knajpie, „G.P.” uzyskała od oficera BOR, a jak, to już ich sprawa. Czy w rosyjskim gmachu rządowym nie ma restauracji na stosownym poziomie, gdzie można dyskretnie wypić kawę, strzelić po kilka „dalekobieżnych” sztakańców? Nie, oni wybrali knajpę w mieście. Jej podstawową zaletą musiało być chyba to, że nie ma tam podsłuchu. Albo inaczej - podsłuch jest, ale selektywny, na użytek wąskiego grona zainteresowanych. Nawet patrząc na sprawę „po obywatelsku” czyli naiwnie, należy wyrazić wielkie zdziwienie, że sprawy wagi międzypaństwowej, konkretnie szczegóły przyjazdu polskiego prezydenta do Katynia, były omawiane w knajpie, a nie w stosownym urzędzie.

Michniewicz „powiesił się” dokładnie w dniu, kiedy z Samary wrócił z remontu Tu-154M o numerze 101. Tu i tam mówi się, że jego numer został przemalowany, co jest powtórzeniem przestępczego triku z samolotem, który miał się rozbić o wieżowiec WTC! Czy może ta wiedza zabiła Michniewicza? Dokładniej: że wrócił nie ten Tu-154M, który potem leżał „sproszowany” w Smoleńsku?

Ta „spiskowa teoria” może mieć potwierdzenie w analizie inż. lotnictwa Krzysztofa Cierpisza pochodzącego z Chełma, ale mieszkającego w Szwecji i pracującego w zawodzie wyuczonym na Politechnice Warszawskiej. Już w sierpniu 2010 opublikował on fachową, zgodną z jego wiedzą analizę „katastrofy” smoleńskiej i opublikował to w internecie. Potem jeszcze zamieścił w internecie nowe analizy porównawcze, m.in. dwóch innych przymusowych lądowań tupolewów w analogicznych warunkach, gdzie tylko w jednym przypadku zginęło dwóch pasażerów. Zamieszczamy dalej serwis stosownych fotografii, na które powołuje się inż. K. Cierpisz.

Intrygująca w najwyższym stopniu hipoteza o przemalowaniu numeru tupolewa skłania mnie, z autorskiego obowiązku, do zamieszczenia dużych fragmentów studium inż. K. Cierpisza pt. „Katastrofa, której nie było”. Wierzyć - nie wierzyć, przeczytać warto. A może jednak, za jakieś 50 lat /!/, teza o „podstawce” samolotów wzorowanej na zbrodni Ameryki na Ameryce w Nowym Jorku - okaże się prawdą?

„Arabski” czuł się dość nieswojo w roli koordynatora Ostatniego Transportu do Katynia, bo na początku listopada 2009 zapewnił sobie stałą obstawą Biura Ochrony Rządu. Jest więc ochraniany w sposób nadzwyczajny na tle jego kancelaryjnych obowiązków. Dlaczego i przez kogo poczuł się zagrożony już na pół roku przed Ostatnim Transportem?

„Arab”, kumpel Tuska osadzony przezeń na stolcu szefa Kancelarii Premiera RP, samą tą funkcją wykazuje, że jest człowiekiem najwyższego zaufania. Przez Kancelarię przechodzi dosłownie wszystko z tego co jest poufne, tajne, super-tajne, etc. Przypomnijmy, że kiedy 23 września 2009 roku rzekomo powiesił się Grzegorz Michniewicz, pełnomocnik do spraw informacji niejawnych, podwładny Tomasza „Arabskiego”, był to ten sam dzień, kiedy z Samary powrócił Tu-154M po remoncie!

„Wprost” pisało potem, że kilka godzin przed tym błyskawicznym obrzydzeniem sobie życia przez Michniewicza, choć wybierał się na kolację wigilijną do swojej żony na Wybrzeżu, Michniewicz odbył kilka rozmów komórkowych z „Arabskim”. Potem Michniewicz wyszedł na spacer wieczorny z psem i po powrocie powiesił się na kablu odkurzacza. Rzecz jasna, odczytanie tzw. bilingów z tych i innych rozmów Michniewicza, technicznie łatwe, w praktyce nie jest możliwe dopóty, dopóki siedziby Rady Ministrów nie opuści na stałe D. Tusk, ale nawet i wtedy jest to mało prawdopodobne. Pozostają więc domysły. Najważniejszym wątkiem byłaby próba połączenia tego nagłego stresu Michniewicza albo z przylotem latającej trumny o nazwie Tu-154M do Polski, albo z treścią tych rozmów komórkowych. Nie jest też wykluczone, że na Michniewicza już czekało wewnątrz domu kilku nieproszonych dżentelmenów. Pozostaje jednak dręczące pytanie: jeżeli to oni byli sprawcami tego „samobójstwa”, to czymże sobie na to zasłużył ten wyjątkowo dyskretny cerber największych tajemnic państwowych z kilkunastoletnim stażem na tej funkcji?

Do rozważań o roli „Araba” w montowaniu dwóch oddzielnych ekskursji do Moskwy, dorzućmy jego reakcję na pismo Rodzin Katyńskich z postulatem, aby Kancelaria premiera /czyli „Arabski” i Tusk/ doprowadziła do umiędzynarodowienia śledztwa w sprawie „katastrofy”. Pismo wysłali 12 X 2010 r. „Arab” odpowiedział po dwóch miesiącach! Istotny passus /raczej lapsus/ tej odpowiedzi miał brzmienie następujące:

Właściwe instytucje międzynarodowe prowadzą to śledztwo i działają w oparciu o przepisy międzynarodowe /…/ powołanie takiej komisji oznaczałoby zakłócenie współpracy Polski i Rosji.

Pani Zuzanna Kurtyka, wdowa po szefie IPN, tak skomentowała tę odpowiedź:

Pan Arabski zapomniał dodać, że to właśnie wybrane przepisy międzynarodowe pozbawiły polskie komisje podstawowych dowodów rzeczowych. Czyżby to było pierwsze w historii śledztwo, do którego takich dowodów nie potrzeba? Na pewno jedno zdanie tego pisma jest prawdziwe: „powołanie takiej komisji oznaczałoby zakłócenie współpracy Polski i Rosji”.

Wszystko co wiąże się z D. Tuskiem, obecnym prezydentem Komorowskim, ich sitwą błyskawicznie uzupełnioną przez ludzi, którzy w rządzie i Sejmie wypełnili luki po pasażerach Tu-154, obraca się w polu magnetycznym usytuowanym gdzieś daleko na wschód od Bugu. Tego już nie ukryją. Fakty mówią same za siebie. Układają się one w oczywistą prawidłowość, w której, jak późnej wykażemy, centralną postacią okaże się Tusk wspierany przez „Komoruskiego”.





Tomasz Turowski
jednoosobowa soczewka spec-band PRL
i „Trzeciej RP”


Nosiciel nazwiska: „Tomasz Turowski” nagle wypłynął na szerokie wody środków masowego rażenia w związku z „dochodzeniem” w sprawie „katastrofy” smoleńskiej. Okazało się, i to całkiem oficjalnie, czyli niepodważalnie, że ten tajemniczy dżentelmen był kluczowym organizatorem wizyt prezydenta Lecha Kaczyńskiego i Donalda Tuska w Katyniu z okazji rocznicy 70-lecia tej żydobolszewickiej zbrodni ludobójstwa na polskich oficerach.

To zdumiewać musi nawet przeciętnego naiwniaka, nie tylko maniaka spiskowej teorii. No bo jakże: agent PRL-owskiego wywiadu /według dokumentów IPN/, czyli Tomasz Turowski został przydzielony w lutym 2010 roku do organizowania obchodów katyńskich. Tak stwierdził europoseł Ryszard Czarnecki. Co więcej, tę „misję” /raczej bez cudzysłowu/ „wyczarterował” Turowskiemu nie kto inny, tylko obecny prezydent Komorowski, wtedy jeszcze marszałek Kne-Sejmu.

Co jeszcze bardziej zdumiewa, mówiąc pospolicie - zwala z nóg - że Kancelaria prezydenta Lecha Kaczyńskiego zwróciła się do ówczesnego ambasadora „Trzeciej PRL” Jerzego Bahra z prośbą /„z uprzejmą prośbą”/ o „uczestniczenie w rozmowach Ambasadora Tytularnego Pana Tomasza Turowskiego”.

Pismo tej treści wysłał do J. Bahra Mariusz Handzlik - podsekretarz Stanu, szef Kancelarii prezydenta L. Kaczyńskiego. Uprzedzając późniejsze fakty dodajmy, że przed Sądem Okręgowym w Warszawie, 21 lutego 2011 r.
odbyło się pierwsze posiedzenie Sądu w sprawie wszczęcia postępowania lustracyjnego wobec Tomasza Turowskiego, tak jeszcze niedawnego „Ambasadora Tytularnego” Polski w Moskwie. Jest on „podejrzany” o kłamstwo lustracyjne, czyli o zatajenie w oświadczeniu lustracyjnym, iż był on tajnym współpracownikiem służb specjalnych, formalnie PRL-owskich, ale jak wiadomo, tak naprawdę to KGB-owskich, bo właśnie KGB był światową dyspozytornią agentury „proletariuszy wszystkich krajów”.

Rutynowa frazeologia publikacji o takich agentach, na razie tylko podejrzanych, posługuje się zbitką słowną „miał on być” agentem, a nie „był”, co stanowi niezbędną asekurację przed oskarżeniem o „naruszenie dóbr osobistych” takich Turowskich i legionów jemu podobnych. W każdym razie po stwierdzeniu, że miał on być ale jeszcze nie wiadomo czy takowym był, media podały, że przesyłał on meldunki „odrębnymi kanałami”, a meldunki nosiły konspiracyjny numer „9596” , potem zaś były podpisywane pseudonimem agenturalnym.

Skąd one napływały? To kolejny smaczek: z Watykanu! Dlaczego stamtąd? Bo pan Tomasz Turowski był pracownikiem wywiadu /pracownikiem, a nie jakimś tam „TW” - „Tajnym Współpracownikiem/ osadzonym jako tzw. „nielegal”, od 1975 roku w Watykanie, a ściślej - w zakonie jezuitów. Był wtedy oficerem wywiadu PRL, jednocześnie „terminował” jako kandydat do tego zakonu. Dzięki poczynionym tam koneksjom - czytaj - dzięki pomocy rezydującym tam agentom w sutannach i bez sutann, miał dostęp do kulis polityki wschodniej Watykanu, co było o tyle ułatwione, że funkcję papieża pełnił wtedy - do 1978 roku agent Kremla Paweł VI, co opisałem w pierwszym tomie książki „Lękajcie się”.

Tuż przed święceniami towarzysz Turowski wystąpił z zakonu jezuitów i powrócił do kraju. Powrócił w 1993 roku i dzięki jego nieprzebranej wiedzy został pracownikiem w „resorcie” spraw wewnętrznych i zagranicznych w departamencie zajmującym się Europą Wschodnią. Był tam początkowo „doradcą”, potem wicedyrektorem. W tej funkcji, wcale się nie kryjąc, miał liczne i otwarte kontakty z I sekretarzem ambasady rosyjskiej w Polsce, Grigorijem Jakimiszynem. Turowski „obserwowany” przez Urząd Ochrony Państwa właśnie z powodu tych „otwartych i licznych kontaktów”.

Poszerzmy te uwagi o realia ówczesnych, już sprywatyzowanych za darmo, Polski i Rosji. W Rosji rządzi Żyd „Jelcyn”. W październiku 1993 roku organizuje on rzeź Rosjan, którzy na czele posłów do Dumy, rosyjskich patriotów, zabarykadowali się w budynku parlamentu, nazywanym przez Rosjan „Białym Domem” - aby uniemożliwić przegłosowanie ustawy o „prywatyzacji” resztek majątku narodowego Rosjan. Jelcyn skierował przeciwko obrońcom Dumy kilka doborowych oddziałów komandosów, milicję, agentów żydowskiego KGB i odpowiednika naszego ZOMO. Na odsiecz deputowanym pośpieszyło około 200 tysięcy nieuzbrojonych Rosjan. Zostali oni zmasakrowani salwami. Zginęło - według różnych szacunków, od 800 do około półtora tysiąca Rosjan. Budynek został zdobyty przez atakujące siły chazarów. Grabież Rosji odtąd odbywała się już bez przeszkód i w piorunującym tempie. Do głosu dochodzili żydowscy szabrownicy z gatunku Chodorkowskich, Gusinskich, Abramowiczów, Fridmanów, Bierezowskich i kilkuset innych przedstawicieli chazarskich Żydów.

W 1994 roku odbyła się Trzecia „rewolucja październikowa” - krach rubla zorganizowany przez „dywizje” G. Sorosa i jego mocodawców zachodnich. Rubel stracił trzykrotnie swoją wartość. Wykorzystując tę różnicę, za dziadowskie ruble, rodzimy i zachodni żydostan przytomnie wykupił - decydowały dosłownie dni - setki miliardów dolarów.

W tym właśnie okresie 1993-1994 Tomasz Turowski stał się niezastąpionym pracownikiem ministerstwa spraw zagranicznych „na kierunku wschodnim”. Nic to dziwnego - Polską rządzili wtedy postkoszerni agenci z pierwszego rozdania przy okrągłym korycie. W latach następnych do głosu dochodzili młodsi biesiadnicy Magdalenki i Okrągłego Koryta, m.in. Pawlak, Kaczyńscy i Tusk, ale polityka wschodnia nie ulegała zmianie, a tacy jak Tomasz Turowski trzymali się nad wyraz dobrze na tej scenie.

Trzymali się aż do czasu organizacji wyjazdu Tuska i Kaczyńskiego do Katynia. Wyjazdów rzecz jasna osobnych, bo o to właśnie chodziło. Organizowano je z niesłychaną konsekwencją i determinacją, tak, aby były właśnie osobne, z przedziałem zaledwie trzech dni, do tego samego Katynia, ale koniecznie osobne.

W poprzednim rozdziale pochyliliśmy się nad niejakim Tomaszem „Arabskim”, szefem kancelarii premiera Tuska, który dwoił się i troił, aby rozdzielić wyjazdy premiera i prezydenta. Piszemy m.in. o tajemniczym wyjeździe Tomasza Arabskiego do Moskwy w sprawie organizacji tych wizyt - wtedy, w styczniu jeszcze oficjalnie nazywanych jedną, wspólną ekskursją Tuska i Kaczyńskiego do Katynia.

W sprawie tej tajemniczej wycieczki Arabskiego do światowej stolicy proletariatu, raport sporządziła Służba Wywiadu Wojskowego. Upłynęły od czasu tej wizyty tygodnie i oto 11 lutego 2010 roku zapadła wspólna „polsko-rosyjska” decyzja, iż prezydent i premier polecą do Katynia odrębnymi rejsami przedzielonymi trzema dniami.

Dodajmy, że w tym czasie Tomasz Turowski, niedoszły jezuita już od dawna nie był formalnym pracownikiem MSZ, a jednak 14 lutego przywrócono Turowskiego do pracy w MSZ. Zestawmy dwie daty: 11 lutego zapada oficjalna decyzja o dwóch odrębnych wyprawach prezydenta i premiera do Katynia, a trzy dni później Tomasz Turowski wraca do MSZ jako etatowy pracownik.

Tempo come back Turowskiego na polityczne salony jest oszałamiające. Już nazajutrz po przywróceniu go do pracy, czyli 15 lutego Tomasz Turowski został „oddelegowany” do Moskwy. Przez kogo? Przez MSZ, ma się rozumieć, czyli przez Radosława „Sikorskiego”.

Komunikat w tej sprawie miał brzmienie następujące:

Od 15 lutego 2010 r. pan Turowski piastował funkcję kierownika wydziału politycznego Ambasady RP. Decyzję o powierzeniu mu tej funkcji kierownictwo MSZ podjęło kierując się jego bogatym doświadczeniem politycznym, w tym pobytem w latach 90. na placówce właśnie w Moskwie /.../ pan Turowski otrzymał od ówczesnego ambasadora zadanie udziału w przygotowaniu wizyt w Katyniu zarówno premiera Donalda Tuska, jak i prezydenta Lecha Kaczyńskiego 10 kwietnia 2010 r.

Osiem dni po objęciu przez T. Turowskiego funkcji kierownika wydziału politycznego ambasady „Trzeciej PRL” w Moskwie, wiceminister spraw zagranicznych, teraz już śp. Andrzej Kremer, ponaglił Kancelarię prezydenta o potwierdzenie udziału prezydenta Kaczyńskiego w Katyniu.

Trzeciego marca szef Kancelarii prezydenta L. Kaczyńskiego potwierdził w rozmowie z przedstawicielami środków masowego rażenia udział prezydenta 10 kwietnia w wyprawie do Katynia, a już nazajutrz Tomasz „Arabski” oznajmił publicznie, iż premier Tusk nie pojedzie razem z prezydentem, tylko odrębnie, siódmego kwietnia.

Dalej już wiemy: 17 marca „Arabski” jedzie do Moskwy na spotkanie z „Rosjanami”, ale spotka się z nimi nie w gmachu rosyjskiego MSZ, tylko w dyskretnej restauracji. Jak pisała „G.P”:

Według naszych informacji, Arabski spotkał się tam z Jurijem Uszakowem - „prawą ręką” Władimira Putina. Uszakow to absolwent słynnego Moskiewskiego Państwowego In­stytutu Spraw Międzynarodowych - MGIMO, kuźni kadr wywiadu zagranicznego KGB. Był m.in. ambasadorem Rosji w USA, ministrem spraw zagranicznych i sekretarzem Rady Bezpieczeństwa Rosji za prezydentury Putina.

Dodają:

Ciekawe, że to właśnie Putin wyznaczył jako pełnomocnika do organizacji obchodów w Katyniu swojego zaufanego człowieka, a nie rosyjski MSZ, który zwyczajowo tym się zajmuje.

Ten nietypowy sposób załatwianie transportu prezydenta Kaczyńskiego na śmierć, teraz już nas dziwić nie może.

Ogniwa intrygi zamykają się jeszcze szczelniej z chwilą, gdy dowiadujemy się, że przyszły prezydent Komorowski i Jakimiszyn znają się od co najmniej pięciu lat - informował europoseł R. Czarnecki /„Czarnecki”/. Co więcej - obaj - Komorowski /„Komoruski”/ i Jakimiszyn są na „Ty”. Tak pisał „Czarnecki” na swoim blogu 19 grudnia 2010 roku. I to, że come back do MSZ załatwiał Turowskiemu nie kto inny, tylko właśnie marszałek Kne-Sejmu
B. Komorowski.

Tomasz Turowski pracował dla elitarnego wydziału XIV Departamentu I SB, czyli wywiadu PRL, ściśle przecież nadzorowanego przez sowieckie KGB.

Potem „Rzeczpospolita” ujawniła, że niedoszły jezuita Turowski obradował nie tylko w Rzymie, ale również w Paryżu. W Watykanie rozpracowywał duchowieństwo, głównie otoczenie Jana Pawła II. Działacz opozycji „demokratycznej” - Piotr Jegliński wyznał, że znał osobiście Turowskiego w latach osiemdziesiątych, gdy ten był rzekomym jezuitą. Jegliński wysunął przypuszczenie /w wywiadzie radiowym/, że Turowski był w Rzymie feralnego 13 maja 1981 roku, kiedy Ali Agca strzelał do Jana Pawła II. Jegliński dodał: „zamachu zorganizowanego przez sowieckie specsłużby”. Tego wykluczyć się nie da, że przez sowieckie specsłużby.

No cóż - tego dnia w Rzymie przebywało kilka milionów obywateli Wiecznego Miasta i pielgrzymów, tudzież turysto-pielgrzymów. Jednak obecność tak nietuzinkowej postaci niby jezuity i wytrawnego funkcjonariusza służb bardzo specjalnych, to nie to samo co obecność świadków strzałów na placu św. Piotra 13 maja.

Kiedy prezydencki tupolew rozbijał się w zaroślach lotniska, Tomasz Turowski - ambasador tytularny w Moskwie był obecny na lotnisku w Smoleńsku. Chciał to widzieć?

Pańskie oko konia tuczy?

Wprost dręczy nas pytanie o powody, a zwłaszcza decyzyjne kanały, przez które z tajnych służb, via Tusk i Komorowski, przepłynęła pilna prośba Kancelarii prezydenta L. Kaczyńskiego skierowana do MSZ czyli do duetu „Sikorski” - Tusk, o wyznaczenie Turowskiego na organizatora lotu prezydenta do Katynia! Czyżby Turowski był w opinii obydwu Kancelarii człowiekiem niezastąpionym w tej funkcji? Czyżby wywiad i kontrwywiad RP w czasach, kiedy obaj Kaczyńscy byli niepodzielnymi sternikami polskiej polityki: Lech prezydentem, Jarosław premierem, nie posiadał stosownej wiedzy o tym dżentelmenie? Przecież koneksje Turowskiego z sowieciarzami były rozległe i niemal jawne i nie sprowadzały się tylko do znajomości z Jakimiszynem, tajnym oficerem rosyjskiego wywiadu. Jakimiszyn przyjaźnił się ze sławnym sowieckim szpiegiem Ałganowem, sławnym wkrótce z racji afery „Olina”, potem jeszcze z aferą Orlenu - z pamiętnym spotkaniem Ałganowa w Wiedniu z A. Kuną i A. Żaglem /„Żaglem”/.

W listopadzie 1997 roku ówczesny dziennik „Życie” opublikował listę pracowników ambasady rosyjskiej w Polsce, którzy mieli się zajmować szpiegostwem. W rewanżu, w styczniu 1998 roku „Niezawisimoje Wojennoje Obozrienije /„NWO”/ - sobotnio-niedzielny dodatek do „Niezawisimoj Gaziety”, opublikowały listę dziewiętnastu pracowników ambasady „Trzeciej PRL” w Moskwie, którzy spełniali „funkcje wykraczające poza ramy działalności dyplomatycznej”. Na tej liście znalazł się Tomasz Turowski, którego określano tam jako„najwyższego rangą urzędnika Ambasady” - minister pełnomocny, nieformalny zastępca ambasadora. „Gazeta Wyborcza” z 31 stycznia 1998 roku „dementowała”, że cztery wymienione tam osoby niby od dawna nie pracują w ambasadzie”.

Ta głośna afera z wzajemnym ujawnianiem agentów, nie spotkała się z żadną reakcją MSZ w Polsce. Nie odezwał się także T. Turowski. Ważniejsze jest w tym co innego: Turowski po ujawnieniu jego podwójnej roli nie wyjechał z Moskwy, nie spotkały go żadne nieprzyjemności ze strony służb specjalnych Rosji i rosyjskiego MSZ. Strona internetowa MSZ zawierała jego nazwisko jako pracownika ambasady polskiej w Moskwie w okresie 1996-2001.

Zwykle bywa tak, że „spalony” agent nie ma już co szukać w miejscu jego „postoju” i jest „zwijany” do innych zadań na innym obszarze. Turowski pozostał. Naturalnie, były to czasy rządów PRL - bis i takich afrontów obydwie strony - rosyjska i „polska” sobie nie robiły, żeby wzajemnie wydalać „spalonych” agentów.

Czy wywiadowi „polskiemu” w czasach rządów braci Kaczyńskich to nie przeszkadzało? Nie dysponowali dostatecznymi wpływami, aby odesłać Turowskiego jak najdalej od Moskwy, albo gdzieś do innego „zakonu”?

Tak docieramy do poranka 10 kwietnia 2010. Turowski był na lotnisku smoleńskim w trakcie przylotu tupolewa. Co więcej, po „katastrofie” udzielił wywiadu rosyjskim mediom. Już po katastrofie, kiedy autokar wiozący Jarosława Kaczyńskiego wreszcie dowlókł się do Smoleńska, został zatrzymany na 40 minut już przed szlabanem lotniska. To wtedy urzędnicy Kancelarii nieżyjącego już prezydenta dzwonili nie do kogo innego, tylko do T. Turowskiego z prośbami o interwencję w sprawie tej blokady autokaru.

Turowski odpowiedział, że dopóki na miejscu „katastrofy” znajdują się premierzy Putin i Tusk, żadne „postronne” osoby nie mogą tam przebywać!

Brat zabitego prezydenta Lecha Kaczyńskiego okazał się dla tych nikczemników - zwłaszcza dla Putina, gospodarza terenu - „osobą postronną”.

Kiedy zaś minister Jacek Sasin miał wieczorem odlatywać do Warszawy, stawiano liczne formalne przeszkody, aby ten odlot opóźniać. Znów proszono o interwencję Turowskiego. Nie zrobił nic w tej sprawie - on, oficjalny organizator tej śmiertelnej wyprawy prezydenta do Katynia, zakończonej w zaroślach smoleńskiego lotniska.

I wreszcie wątek najbardziej intrygujący, wciąż nierozstrzygnięty. Chodzi o film wykonany przez operatora TVP Sławomira Wiśniewskiego tuż po „katastrofie”. Wiśniewski zeznał w prokuraturze:

Chcę zeznać, że gdy funkcjonariusze Federalnej Służby Bezpieczeństwa próbowali mi wyrwać torbę z kamerą, którą schowałem do środka, w grupie funkcjonariuszy rosyjskich był przynajmniej jeden Polak. Ci, co mnie zatrzymali, zapytali się czy [on] mnie zna. On odpowiedział po polsku - ja nie znam tego człowieka, a następnie po rosyjsku, żeby mnie aresztować i zniszczyć sprzęt /.../. Ja kojarzę z twarzy tego człowieka, wydaje mi się, że jest to jakiś pracownik ambasady albo konsulatu polskiego. Rozpoznałbym go, był wysoki, szczupły, krótko obcięty szatyn, w długim brązowym płaszczu. Miał na pewno więcej niż 50 lat. Jestem przekonany, że był to Polak, mówił po polsku bez akcentu, twardo, bez zmiękczeń.

Sławomir Wiśniewski powiedział o tym człowieku - szereg miesięcy później, że rozpoznaje go jako p. Cyganowskiego, a jest to drugi sekretarz ambasady w Moskwie. „Drugi sekretarz”, to rutynowa przykrywka oficerów wywiadu...

Znam sprawę, ale z pewnych powodów, o których nie będę mówił, nie chcę się na razie wypowiadać na ten temat.

Pozostaje nam nadzieja, że Sławomir Wiśniewski w jakimś nieokreślonym czasie nie zginie w wypadku samochodowym, albo nie popełni samobójstwa.

Nam pozostaje wyrazić nie tylko uznanie, lecz wręcz respekt wobec, „sił trzecich”, które tak szybko zdołały nakłonić tego operatora telewizyjnego do rozsądnej powściągliwości...


c.d.


Ostatnio edytowany przez 401autobahn 10 Kwi 2011 18:57, edytowano w sumie 2 razy



09 Kwi 2011 19:01
Profil

Rejestracja: 28 Gru 2008 21:11
Posty: 2114
Post Re: Henryk Pajak
Edmund Klich - dyletant, krętacz, miernota


Polskim akredytowanym przy Moskiewskim „Międzypaństwowym” Komitecie Lotniczym był z nadania rządu Tuska Edmund Klich. Popisywał się przed mediami swoją rzekomą fachowością, rzekomym obiektywizmem, nawet krytycyzmem wobec niektórych rosyjskich tez o wypadku. Przede wszystkim konsekwentnie dyskredytował załogę samolotu Tu-154M
jako sprawców „katastrofy” smoleńskiej. Ten festiwal kłamstw, krętactw, a także autoreklamy trwał przez dziesięć miesięcy. Dziesiątki lotników i specjalistów różnych dziedzin lotnictwa podważały jego tezy, dyletanckie gawędy, bufonady, ale rząd Tuska trzymał go na tym stanowisku do końca kadencji Klicha w tej funkcji - do stycznia 2011 roku. Był im bardzo potrzebny. Konsekwentnie kłamał dla potwierdzenia rzekomej winy pilotów, którą lansował od samego początku rosyjski MAK, jak i służalcze wobec Putina okupacyjne władze Polski. Putin i Tusk osobiście nadzorowali ten festiwal oszustw.

Wreszcie dobrali się do Klicha specjaliści. „Nasz Dziennik” w numerze z 28 grudnia 2010 opublikował ich głosy w sprawie popisów Edmunda Klicha. Większość jego krytyków - lotników i ekspertów, pozostała w anonimowym bezpiecznym cieniu. Oni wiedzieli, kto stoi za Edmundem Klichem, a także za ministrem obrony narodowej, także Klichem tylko Bogdanem - choć obydwu podobno nie łączy pokrewieństwo.

Okazuje się, że w istocie to Rosjanie mianowali go przedstawicielem strony rzekomo polskiej. Klich w zeznaniach przed Sejmową Komisją Infrastruktury nie ukrywał, że to generał Aleksiej Morozow - wiceprzewodniczący oszukańczej szajki pod nazwą MAK, po prostu wezwał Klicha do Smoleńska, a Władimir Putin i „generał” Tatiana Anodina zadecydowali, według jakich procedur będą badane okoliczności katastrofy. Oni także zadecydowali, a nie „polski rząd”, iż to Edmund Klich będzie reprezentował „stronę” polską, jak się potem okazało „stronę” w praktyce nieistniejącą.
E. Klich potwierdził, że to generał Aleksiej Morozow mianował go na reprezentanta Polski: jechał wtedy z Garwolina do Warszawy, gdy:

W połowie drogi dostałem telefon od pana Aleksieja Morozowa - to jest obecnie przewodniczący Komisji Federacji Rosyjskiej, zastępca pani Anodiny, szefowej Mieżdonarodnej Awiacionnej Komisji…

Dlaczego generał Morozow wybrał akurat tego „speca” na reprezentanta „strony polskiej”? Pozostanie to tajemnicą obydwu tych panów, ale chyba nie tylko ich. Skąd Morozow wiedział, natychmiast po katastrofie, że to właśnie MAK będzie prowadziła dochodzenie? Bo tak zadecydował „car” Putin? Dlaczego gen. Morozow jednoosobowo zdecydował, że „stroną polską” ma reprezentować płk Klich? Czy dlatego, że to stary komuch?

Nie miał do takiej decyzji żadnych uprawnień.

Już na początku swojej „misji”, Klich zderzył się z artykułem 129 Kodeksu Karnego RP stanowiącym, iż

Kto będąc upoważniony do występowania w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej w stosunkach z rządem obcego państwa /…/ działa na szkodę Rzeczpospolitej Polskiej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.

E. Klich bowiem milcząco zgodził się na dyktat strony rosyjskiej, aby katastrofę badano według tzw. załącznika 13 do Konwencji o Międzynarodowym Lotnictwie Cywilnym. Załącznik automatycznie ograniczał rolę Polski w dochodzeniu. E. Klich o tym wiedział i na to się potulnie zgodził. I o tym, że badanie „katastrofy” w oparciu o tę Konwencję i jej załącznik, jest bezprawnym dyktatem strony „rosyjskiej”. Sam to przyznał w zeznaniach w Sejmie. Samolot był cywilny, ale załoga wojskowa, lotnisko smoleńskie - wojskowe.

- W związku z tym dotyczy to lotnictwa państwowego, którego nie obejmuje załącznik 13 do Konwencji o Międzynarodowym Lotnictwie Cywilnym.

Wiedział, ale nie sprzeciwił się temu w imieniu Polski. „Ruscy” potem przez całe miesiące międlili dywagacje o tym, czy był to lot wojskowy czy cywilny. Nasze „mendia” także.

Stosowny zapis tej Konwencji mówi:

Niniejsza Konwencja stosuje się wyłącznie do statków cywilnych, nie stosuje się do wojskowych statków powietrznych.

I dalej:

Statki powietrzne używane w służbie wojskowej, celnej i policyjnej uważa się za statki powietrzne państwowe.

„Statek” wiozący delegację polską do Katynia via Smoleńsk, był więc „statkiem” wojskowym. Miał znakowanie „M”. W związku z tym, a także z umową podpisaną w 1993 roku przez Polskę i Rosję - to polska strona, w przypadku katastrofy polskiego statku powietrznego, ma prawo badać katastrofę na terenie Rosji. Nieprzyjęcie zasad tej umowy, radykalnie szkodliwe dla dobra strony polskiej - to właśnie „hak” na Klicha z art. 129.

Kiedy jeszcze nie było wiadomo, według jakich procedur będzie badana „katastrofa”, E. Klich arbitralnie zadecydował, że Polska będzie miała tylko jednego akredytowanego przedstawiciela przy MAK, podczas gdy załącznik do umowy z 1993 roku mówił o „wielu” przedstawicielach.

Morozow wybrał więc „właściwego” przedstawiciela Polski. Znał E. Klicha. Spotykali się na konferencjach międzynarodowych.

Porażające jest zachowanie tego przedstawiciela „strony polskiej”, czyli płk E. Klicha podczas jego spotkania z prezydentem Putinem. Wspominał:

Jako pierwszy głos zabrał premier Putin, później jego zastępca pan Iwanow i jako trzecia, pani Anodina - szefowa MAK, która jasno powiedziała, że będzie procedowała według załącznika „13”.

Klich przyjął tę decyzję mając przecież świadomość, że polski rząd nic o tym jeszcze /?/ nie wie.

Dalszy monolog pułkownika Klicha:

W związku z tym zorientowałem się… Aha, i Morozow mi mówi... od teraz ja jestem szefem. Więc już został wycofany ten przedstawiciel wojskowy…

W ten arbitralny sposób, na dyktat Morozowa, bez wiedzy i akceptacji polskiego rządu, Klich pozbył się m.in. szefa grupy polskich ekspertów - płk inż. Mirosława Grochowskiego - uznanego autorytetu lotniczego, kierownika Inspektoratu Bezpieczeństwa Lotów. E. Klich przejął kierowanie polskim zespołem.

Dalej, E. Klich mówił, że po jego zgodzie na zapis 13 Konwencji Cywilnej, już nie było sporu z Morozowem. Chwilę później powiedział /w Sejmowej Komisji/, że rząd nadal nic nie wie o prowadzeniu dochodzenia według załącznika „13”, eliminującego partnerstwo polskich przedstawicieli w pracach dochodzeniowych.

Klich po tej milczącej zdradzie interesu i praw Polski, relacjonował:

I wchodzę do tego pomieszczenia, jest pan minister Parulski i od razu, no, powiedziałbym dosyć ostro - powiedział mi, że ja utrudniam pracę prokuraturze, a w ogóle ja ustawiłem… przyjąłem jako załącznik 13 do procedowania i działam na szkodę Polski. /…/ Ja mówię, ja muszę procedować według załącznika 13 i wymaga tego ode mnie pan Morozow…

Ten Szwejk w stopniu pułkownika WP nie potrafił sklecić ani jednego składnego zdania w rozmowach przed kamerami.

W ramach „procedowania” według zasad umowy polsko-rosyjskiej z 1993 roku, Klich od początku wieszał psy na polskich lotnikach wojskowych. Jako „złe nawyki” Klich traktował np. awaryjne, czyli wymuszone lądowania wojskowych pilotów. Te „złe nawyki” to m.in. mistrzowskie lądowanie polskich lotników wojskowych samolotem cywilnej linii Exin Air. Samolot pilotowany przez lotników krakowskich, w pełnym obciążeniu wylądował na tafli zamarzniętego jeziora Ülemiste: na jednym tylko silniku i po awarii podwozia!

Drugi taki „zły nawyk” wspomniany przez płk. E. Klicha, to nagłe zapadnięcie się podwozia przy bardzo dużej prędkości na rozbiegu do startu. Nikt z członków załogi nie został ranny.

Oto te dwa „złe nawyki” polskich pilotów w ocenie E. Klicha! Gdyby się grzecznie rozbili na płycie lotniska lub zapadli pod lód, nie byłyby to „złe nawyki”.

Te obelgi Klicha rozwścieczyły krakowskich pilotów.

To jest oburzająca mowa nienawiści! Jeśli my musimy przerwać zadanie i siadać awaryjnie, to jest to dla Edmunda Klicha zły nawyk, nieodpowiedzialność i wojskowe łamanie procedur. Jeśli to zrobią piloci cywilni, to mamy do czynienia z dbałością o bezpieczeństwo, kunsztem pilotażu i ratowaniem życia pasażerów.

Tak to ocenił pilot Pułku Lotnictwa Transportowego. Szkoda, że zachował anonimowość w relacji dla „Naszego Dziennika”, ale to zrozumiałe.

E. Klich potwierdził przed sejmową komisją swój dyletantyzm w badaniu katastrof lotniczych: „Ja nigdy nie brałem udziału w badaniu takiej katastrofy w lotnictwie cywilnym”. To w jakiej roli, po co jechał do Smoleńska? Dlaczego zgodził się na rolę głupawego, dyletanckiego „przedstawiciela”? Kto mu pozwolił tam jechać? Kto na to wyraził zgodę? Czy jego alter ego - minister z wykształcenia psychiatra Bogdan Klich?

Inny pilot z Komisji Badania Wypadków Lotniczych, niestety także zastrzegający anonimowość, w rozmowie dla „Naszego Dziennika” nie zostawił suchej nitki na kwalifikacjach Klicha:

Klich zajmował się raczej bzdetami, typu np.: w aeroklubie startuje mała cessa i urządzenie wyważające jest źle przypięte. Albo że pilot szybowcowy drugiej klasy źle przyziemił i mu trochę skrzydło uciekło, tak, że nastąpił tzw. cyrkiel /.../ Potem biorą kogoś z aeroklubu jako eksperta, jakiegoś tam instruktora i piszą raport z szablonu.

E. Klich zabrał się do „badania katastrofy Tu-154M nie mając pojęcia o jego budowie i systemach. Oto jedna z jego wpadek. W jednym z jego licznych wywiadów w roli gwiazdora „katastrofy” oświadczył, że bez systemu ILS /precyzyjnego podejścia do lądowania/ - nie da się odejść na drugi krąg z pomocą autopilota.

W reakcji na to odkrycie, piloci nie mogli wyjść z szoku:

System ten jest pomocny jedynie w czasie podejścia do lądowania, a nie podchodzenia - Ten przycisk, wyjaśnia pilot - jest niezależny od ILS. Wielokrotnie wykonywałem tym samolotem podejścia.

Klich w tym samym wywiadzie brnie w swój dyletantyzm:

Większość ekspertów, z którymi się konsultowałem, uważa, że naciśnięcie przycisku „odejście” nie pozostawia śladu w rejestratorze lotu, jeśli na ziemi nie ma ILS, jeśli cały system nie został aktywowany.

Wreszcie reaguje na popisy Klicha rosyjski pilot - Michaił Makarow, który pilotował Tu-154M i Airbus-320:

Moim zdaniem pan Klich najwyraźniej nie ma pojęcia, o czym mówi. Oczywiście, że wciśnięty przycisk odejścia na drugi krąg, czerwony przycisk, pozostawia ślady w czarnych skrzynkach, jak każde odejście na drugi krąg. Nie wiem, kiedy i gdzie, kto uczył tego człowieka pilotażu…

A my zapytajmy - kto Klicha nauczył, przed wyjazdem do Smoleńska - co ma tam mówić, czego nie mówić i jak przypodobać się Rosjanom? Edmund Klich wykoncypował teorię „katastrofy”, w której pilot po nieudanym wciśnięciu przycisku miał zwlekać z ręcznym odejściem na drugi krąg. Na skutek tego znaleźć się tak nisko, że już nie mógł poderwać maszyny. Pozostajemy tu w gąszczu fachowych terminów, ale pilot z „nalotem” 19.000 godzin /anonimowy/ wyjaśnia:

To kompletna bzdura. Tę teorię wysnuł Siergiej Amielin8. Edmund Klich chętnie ją podchwycił. Major Protasiuk miał próbować odejść z 80 metrów, kilka sekund nie reagować i się rozbić. Jednak coś tutaj nie gra - w normalnych warunkach, od wysokości 80 metrów do ziemi, jest jeszcze bite półtorej minuty lotu.

Kolejne gafy świadczące o dyletantyzmie lub raczej o manipulacjach
E. Klicha, pojawiły się podczas prób symulatorowych na moskiewskim lotnisku Szeremietiewo: rosyjski pilot w towarzystwie Klicha usiłował „rozbić” Tu-154M na wzór „katastrofy” smoleńskiej. Udało się to dopiero za czwartym razem, a co gorsze, Klich opowiadał, że „zobaczył ziemię” dopiero z wysokości 20 metrów. W domyśle: decyzja o lądowaniu była niemal samobójstwem. Tymczasem MAK oficjalnie stwierdził, że parametry widoczności wertykalnej wynosiły 50 metrów. Aby się dostosować do swojej teorii, MAK musiał ponad dwukrotnie „pogorszyć” warunki pogodowe. To również blaga. Anonimowy pilot w rozmowie z „Naszym Dziennikiem” stwierdzał:

- Reprezentatywność tych rosyjskich prób jest żenująca nie tylko dlatego, że odbywały się przy pogodzie znacznie gorszej niż w Smoleńsku i z drugim pilotem Edmundem Klichem, nieposiadającym uprawnień i przeszkolenia na Tu-154 (czyli w załodze niepełnowartościowej), ale też dlatego że w symulatorze nie było amerykańskich urządzeń nawigacyjnych, w które wyposażona była przecież rządowa „tutka” - tłumaczą piloci. - Trudno również wyobrazić sobie aktywny udział Klicha w eksperymencie, głównie ze względu na brak znajomości języka rosyjskiego, co uniemożliwia mu komunikację z rosyjską załogą wyznaczoną do testu symulatorowego.

Podczas innych, już niezależnych prób symulatorowych - instruktorzy z Instytutu Lotnictwa w Kijowie na swoim symulatorze Tu-154 dowiedli, że przy pogodzie takiej samej, jaka była w Smoleńsku, da się bez problemu wylądować samolotem znacznie gorzej wyposażonym od prezydenckiej maszyny i w dodatku bez pomocy wieży. Bez problemu wykonali również odejście na drugi krąg, a także zdołali podejść do lądowania i wylądować przy widoczności wynoszącej niemalże zero, a więc w warunkach nieporównywalnie gorszych od panujących 10 kwietnia w Smoleńsku.

MAK najwyraźniej powierzył Klichowi rolę tego, który miał forsować teorię o sławetnej „presji” na pilotów. Zaniechano poprzednich oskarżeń pod adresem prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który podczas przerwanego lotu nad Gruzją, kiedy piloci - w tym major Protasiuk zawrócili, gdyż wchodzili w strefę ostrzału wojsk rosyjskich, a prezydent po wylądowaniu miał powiedzieć „My ze sobą jeszcze porozmawiamy!” - bo prezydent rzekomo miał nalegać na kontynuowanie lotu.

Tym razem MAK-owcy wybrali sobie na ofiarę generała Andrzeja Błasika. To on miał wejść do kokpitu i wywierać tę mityczną presję na pilotów - on - pilot w stopniu generała znający „świętą” zasadę, że w samolocie podczas lotu pierwszy pilot jest jedynym decydentem. E. Klich dopasował do „presji” dodatkowy fotel w kokpicie, na którym usiadł generał A. Błasik i komenderował lotem z pozycji zwierzchnika załogi. Klich nie był jednak w stanie nawet ustalić, czy w kabinie Tu-154M w ogóle jest zainstalowany na stałe dodatkowy fotel! Klich w wywiadzie dla TVN24 „ujawnił”, że to generał Andrzej Błasik, dowódca Sił Powietrznych był obecny w kokpicie, ale jeszcze tego samego dnia w RMF FM zdecydowanie odmawiał potwierdzenia, że to właśnie generał Błasik był obecny w kokpicie. Powiedział, że tego nie może ujawnić bez zgody Rosjan!

Inny jego wymysł to „bycie [samolotu] za wysoko” i tzw. „gonienie ścieżki” przez załogę. Formuła nieczytelna dla niezorientowanych, ale anonimowy pilot - instruktor 13. Pułku Lotnictwa Transportowego ripostował, kompromitując tego dyletanta:

Rekomendowałbym Klichowi przynajmniej raz przeczytać /i to ze zrozumieniem/ stenogram czarnej skrzynki CVR9 z rozmów załogi, którego posiadaniem z lubością [E. Klich] się chwalił. Jest tam wyraźnie rozpisane, jak kontroler mówi wielokrotnie „na kursie, glissadzie” [ na kursie i ścieżce podejścia do lądowania]. Kontroler rosyjski mówi najpierw wejście na ścieżkę 10 km, potem odległość 8 km „na kursie, glissadzie”, 6 km, 4 km, 3 km, 2 km „na kursie, glissadzie”… Dopiero w odległości kilometra krzyknął „horyzont”. Jak pilot miał gonić ścieżkę, skoro kontroler wmawiał mu niemal do końca, że na niej jest? Przecież to bzdury!

Rosjanie i E. Klich wmawiali Polakom, że piloci nie znali języka rosyjskiego. Koledzy majora Protasiuka i pozostałych członków załogi zapewniali, że znali oni doskonale język rosyjski, natomiast okazało się, że to E. Klich nie zna tego języka. On zdecydowanie przyznał przed Komisją Infrastruktury, że nie zna rosyjskiego! Jak więc zrozumiał treść nagrań z wieży? Rzecz w tym, że wkrótce po „katastrofie” otrzymał stenogram z taśmy urządzenia rejestrującego rozmowy na wieży lotów lotniska Siewiernyj. Powstało więc kolejne pytanie - jakim cudem Rosjanie zdążyli tak szybko go sporządzić i przekazać E. Klichowi? Co więcej - Klich twierdził, że nagrania z wieży to dla niego kopalnia wiedzy: „Słuchałem tych rozmów nawet wieczorami, żeby wyczuć, jaka atmosfera była na wieży, jakie tam były emocje”. Tak rzekomo przechwalał się przed rosyjską komisją badającą katastrofę. Tymczasem przed Komisją Infrastruktury wręcz zarzekał się, że nie zna rosyjskiego. Marnie to świadczy o inteligencji i pamięci tego krętacza. A może ktoś mu te nagrania przetłumaczył? Jeżeli tak, to kto? Jaka instytucja? Wszak to dokument brzemiennej wagi.


Piloci:

Klich rosyjskiego nie zna w ogóle i pod tym względem obrzydliwe są jego zarzuty pod adresem załogi.

Podpułkownik Bartosz Stroiński nazwał to „ściemą” /…/. bo kapitan Arkadiusz Protasiuk jak i drugi pilot Robert Grzywna, biegle znali język rosyjski.

Klich nieprzerwanie brylował w mediach jako jedyny, który posiada pełnię wiedzy o „katastrofie”. W kwietniu oświadczył, że Polska od początku przyjęła rolę „petenta”. Nie dodał, że przyjęła tę rolę na skutek jego nędznego służalstwa w stosunku do rosyjskiej komisji. W ten sposób zbudował sobie na ponad pół roku wizerunek obiektywnego, zarazem krytycznego oponenta wobec dyktatu Rosjan.

E. Klich popełnił w sumie ewidentne przestępstwo, nie jakieś tam wykroczenie. Ujawnił wtedy informacje ze śledztwa, m.in.: godzinę i minutę „katastrofy” - wszystko dla swojego medialnego wizerunku. Oświadczył, że zna przyczyny katastrofy. Oskarżył o nią jakiś mityczny „system”. Zapowiedział, że śledztwo zakończy się dopiero za jakieś 2-3 lata.

Po prostu on wiedział wszystko. Ogłaszając, że „katastrofę” spowodował błąd pilota, także popełnił przestępstwo. Złamał kilka artykułów prawa, które pozwala na ujawnienie opinii publicznej szczegółów prowadzonego śledztwa tylko w uzasadnionych przypadkach przed orzeczeniem sądu.

Natychmiast radośnie podchwyciła to rosyjska „komisja” i trzymała się tego „błędu pilota” jak rzep psiego ogona. Klich zawsze wypowiadał się po myśli Rosjan. Wyprzedzał je. Jakby był ich posłańcem, ich tubą: agentem wpływu.

Po raz kolejny, po serii kilkudziesięciu wywiadów, tuż przed Bożym Narodzeniem Klich ponownie oskarżył pilotów tupolewa o błędy. Był to sadystyczny cios wymierzony w dobre imię pilotów oraz w ich rodziny. Rodziny, dla których te Święta miały być pierwszymi bez udziału mężów, ojców, synów...



Sadystyczne kłamstwa „ministerki”
Ewy Kopacz


Ewa Kopacz jako lekarz składała kiedyś przysięgę Hipokratesa. Etyka lekarska nie przeszkodziła jej w wypluwaniu kłamstw o procedurach rzekomo towarzyszących obdukcji, sekcji zwłok, ich identyfikacji i wkładania do trumien.

Oto ten makabryczny serial kłamstw „ministerki” zdrowia /własnego/ - Ewy Kopacz Kopacz.

* * *

- Kiedy przekopywano z całą starannością ziemię na miejscu tego wypadku na głębokość jednego metra i przesiewano ją w sposób szczególnie staranny, każdy znaleziony skrawek został przebadany genetycznie /Kne-Sejm, 20 kwietnia/.

* * *

- W nocy z 10 na 11 kwietnia odbyły się wszystkie sekcje zwłok.


* * *

- Sekcje wykonywali specjaliści polscy i rosyjscy.

* * *

- Wyniki sekcji bliskich otrzymały rodziny.

* * *

- Wszystkie szczątki osób poległych w katastrofie trafiły do Polski.

* * *

- Każdy skrawek materii został przebadany genetycznie.

* * *

- Dysponujemy wszystkimi zapisami czarnych skrzynek.

* * *

- Z wielką uwagą obserwowałam pracę naszych patomorfologów przez pierwsze godziny10.

Kończymy te plugawe łgarstwa „ministerki” Ewy Kopacz przypomnieniem, że w październiku polscy archeolodzy wreszcie otrzymali pozwolenie Rosjan na wejście na miejsce „katastrofy”. Profesor A. Buko, kierownik polskiej grupy archeologów powiedział: „To technicznie niemożliwe” /przekopanie terenu „na głębokość jednego metra” - słowa Kopacz/, tym bardziej, że ziemia jest w tym terenie gliniasta/. Kopacz nie tylko tę ziemię przekopała, ale nawet „przesiała”.

Podal ADMIKU


09 Kwi 2011 19:06
Profil

Rejestracja: 28 Gru 2008 21:11
Posty: 2114
Post Re: Henryk Pajak
Spotkanie z Henrykiem Pajakiem w Łodzi oraz gorąca debata publiczna

http://www.youtube.com/watch?v=1cbURf8DOls

28.04.2011 LODZ: SPOTKANIE AUTORSKIE HENRYKA PAJAKA

http://www.youtube.com/watch?v=iUy9emqBpaE&NR=1


10 Maj 2011 23:40
Profil
Administrator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2009 23:23
Posty: 3802
Post Re: Henryk Pajak
Henryk Pająk jest dobry ale mało skuteczny, np. J.R. Nowak zbiera o wiele więcej "owieczek" na pastwisko.
Putin jak wszyscy inni współcześni politycy jest prowadzony na smyczy i to nie ulega wątpliwości bo czasy się zmieniły wraz z postępem "cywilizacji" Król dawno otruty przez biskupa, wojsko skoszarowane, rakiety latają dalej niż strzały z łuku a goniec lata samolotem.
Upieram się przy własnych doświadczeniach (bogatych) z oceną tzw. "proroków" którzy nie są w stanie przewidzieć biegu wydarzeń tak jak nie przewidzieli transformacji żydokomuny.
Kończy się na Orwelowskich gawędach albo "starych testamentach" które można dopasować do karzdej sytuacji jak horoskop.
Pajace teoretyzują i błądzą bo nie doceniają sprawy najważniejszej a mianowicie Ducha Narodowego.
Jesteśmy zbyt mali aby dyskutować na tematy dotyczące współczesnej polityki i pozostaje nam tylko kibicowanie mistrzom z górnej półki którzy grają o "Mistrzostwo Świata"
Jest coś co umownie nazywa się "Planem Putina" (faktycznie stoją za tym planem super poważni ludzie) i wiem że wg. tego planu w Rosji ma być przeprowadzona czystka parchatego ścierwa w wykonaniu Żukowowców tzn. Rosyjskich Narodowców.
Dwie siły się będą zawsze ścierały na ziemi tzn. Ludzie - (dzieci Boga) i Żydzi ( dzieci Diabła)
Naturalnie Putin jak każdy inny śmiertelnik może zdradzić , jest to mało prawdopodobne ale widziałem już cuda nie bywałe.
Nawet jak Putin zdradzi to i tak "Plan Putina" będzie zrealizowany bo są o wiele lepsi zawodnicy ( Putin jest Rosyjskim Narodowcem) w odwodzie, którymi mądrzy ludzie zagrają w odpowiednim czasie.
Istnieje termin "Małpy z granatem" ,- małpy z granatami to Żydzi którzy wymachując granatem sami się wysadzą w powietrze.
Tu Henryk Pająk ma rację że już niebawem prawda wyjdzie na jaw.
Rosyjscy Narodowcy mają pełną świadomość ryzyka podchodzenia zbyt blisko "małpy z granatem" , czekają na odpowiedni moment do pozamiatania ścierwa i dobicia popleczników czyli skundlonych klakierów kolaborujących z Żydami.
Dzisiaj już cały świat rzyga na hasło Żyd i wystarczy mała iskierka żeby małpa z granatem wyleciała w powietrze.
Edward Maciejczyk

_________________
adm


12 Maj 2011 02:54
Profil
Administrator
Awatar użytkownika

Rejestracja: 15 Sty 2009 23:23
Posty: 3802
Post Re: Henryk Pajak
Panie Autobahn, nie ustosunkował się Pan do "wypadku przy pracy" Pańskiego pupilka (mojego też) H. Pająka na który to wypadek zareagował merytorycznie Pan Paweł Ziemiński.
Co Pan na to?

_________________
adm


14 Maj 2011 13:09
Profil

Rejestracja: 28 Gru 2008 21:11
Posty: 2114
Post Re: Henryk Pajak
Kolego Edwardzie,
Nie powinno dojsc do spiecia pomiedzy P.Ziminskim, a H.Pajakiem i ich zwolennikami na sali, gdyby byly zachowane zasady prowadzenia spokojnej dyskusji.
P.Zieminskiemu nie podobala sie zmiana stanowiska H.Pajaka wobec osoby W.Putina, ktory urosl do roli "swietego" dla WPS, a poza tym draznila go sprawa zwiazana z badaniami katastrofy smolenskiej i poglady H.Pajaka na te sprawy, plus sprawy zwiazane z proroctwami ze starej ksiegi bajek.
Poza tym sluchacze i H.Pajak blednie przytoczyli nazwisko "Roncalli", a powinno byc "Rampolla", ktory byl kontr-kandydatem J.M.Sarto.

Swoje dluzsze komentarze jako "Toronto" zamiescilem na stronach:
JPII Wielki i Blogoslawiony ?
http://wiernipolsce.wordpress.com/2011/ ... mment-2645
oraz
Spotkanie z Henrykiem Pajakiem w Lodzi...
http://wiernipolsce.wordpress.com/2011/ ... mment-2649

p.s.
Ja spotkalem sie z opinia, ze rosyjscy narodowcy zawiedli sie na Putinie.


15 Maj 2011 18:10
Profil

Rejestracja: 28 Gru 2008 21:11
Posty: 2114
Post Re: Henryk Pajak
Wywiad z H.Pajakiem

Ludzie Honoru - odcinek 2 - Henryk Pająk

http://www.youtube.com/watch?v=gjtwIWg8IcA&feature=feedu


13 Cze 2011 20:38
Profil
Wyświetl posty z poprzednich:  Sortuj według  
Napisz nowy temat Odpowiedz  [ 28 posty(ów) ]  Idź do strony Poprzednia  1, 2, 3  Następna


Kto jest na forum

Użytkownicy przeglądający to forum: Brak zarejestrowanych użytkowników oraz 2 gości


Nie możesz zakładać nowych tematów na tym forum
Nie możesz odpowiadać w tematach na tym forum
Nie możesz edytować swoich postów na tym forum
Nie możesz usuwać swoich postów na tym forum
Nie możesz dodawać załączników na tym forum

Szukaj:
Skocz do:  
Powered by phpBB © phpBB Group.
Designed by Vjacheslav Trushkin for Free Forums/DivisionCore.